Mad

Dawno niczego tu nie pokazywałem. Konkretnie to dziesięć miesięcy. Mam nadzieję, że ten rok będzie dla mnie łaskawszy i będę miał więcej czasu na budowanie.
Kiedy już wreszcie coś zbudowałem to (wot siurprajs) jest to coś ze Świata Dysku. A konkretnie z książki “Ostatni kontynent”.
Scenka przedstawia podróż Rincewinda przez kontynent XXXX, a konkretnie jego spotkanie z Madem.
Jest tu trochę nieścisłości. A mianowicie wóz Mada powinno ciągnąć osiem koni a nie cztery. Ale coś co dobrze wygląda w książce niekoniecznie dobrze wygląda w realu. A poza tym musiałbym zbudować jeszcze dłuższe podłoże, co już w ogóle pozbawiło by mnie klocków dark orange. Tak w ogóle to podłoże najlepiej jakby było na płycie 48×48 – to może jako tako oddałoby tę rozległą przestrzeń jaką jest pustynia. Choć pewnie lepsze by były cztery takie płyty. Ten pojazd ciągnięty przez strusia to powinno być jedno koło, ale łatwiej było zbudować dwa i wyszedł mi z tego mini walec. ;P
Pojazd Mada był opisany mało szczegółowo, ale umieściłem tu wszystkie opisane szczegóły. Wyszedł mi z tego… rydwan z przyczepą. Na środku jest przegub, dzięki któremu pojazd skręca.
No i małe objaśnienie dla tych, którzy nie czytali książki. “Ostatni kontynent” to hołd Pratchetta dla Australii. Cała książka to sparafrazowane popkulturowe motywy związane z Australią. Tu mamy sparafrazowanego Mad Maxa.
Gdyby ktoś był ciekaw szczegółów, np dlaczego jeden z napastników ma zieloną głowę, może przeczytać ten krótki fragment książki, gdzie cała sytuacja jest opisana:

Po chwili na tle świtu wykwitła chmura kurzu. Zbliżała się. Rincewind pełen nadziei stanął obok traktu.
W końcu na odwróconym wierzchołku chmury pojawił się powóz ciągnięty przez zaprzęg ośmiu koni. Konie były czarne. Powóz też. I nie wyglądał, jakby miał zamiar zwolnić.
Gdy konie go mijały, Rincewind pomachał w powietrzu kapeluszem.
Po chwili kurz opadł. Rincewind podniósł się i ruszył chwiejnie przez krzaki, aż dotarł do powozu w miejscu, gdzie się zatrzymał. Konie przyglądały mu się czujnie.
Nie był to tak duży powóz, żeby musiało go ciągnąć osiem koni — jednak i zwierzęta, i powóz pokrywało tyle drewna, skóry i metalu, że raczej nie dysponowały rezerwą energii. Kolce i ćwieki pokrywały wszystkie powierzchnie.
Lejce prowadziły nie do typowego kozła, ale do otworów w przedniej ścianie powozu. Ta była wzmocniona dodatkowym drewnem i żelastwem — można było rozpoznać stare fajerki, wyklepane fragmenty zbroi, pokrywki od garnków, a także rozdeptane na płasko i przybite puszki.
Nad szczeliną, w której znikały lejce, przez dach powozu wystawało coś podobnego do wygiętej rury piecyka. Wydawało się, że patrzy czujnie.
— Ehm… dzień dobry — odezwał się Rincewind. — Przepraszam, że spłoszyłem konie…
Wobec braku odpowiedzi wspiął się na opancerzone koło i zajrzał na dach. Była tam okrągła pokrywa, w tej chwili otwarta.
Rincewind nawet nie pomyślał, żeby zajrzeć do środka. To by oznaczało, że jego głowa będzie wyraźnie obrysowana na tle nieba — pewny sposób, by zaraz potem jego ciało było obrysowane na ziemi.
Za nim trzasnęła gałązka.
Westchnął i zszedł powoli, bardzo uważając, żeby się nie odwrócić.
— Poddaję się całkowicie — zapewnił, podnosząc ręce.
— I słusznie — odparł spokojny głos. — To jest kusza, koleś. A teraz popatrzmy na twoją paskudną gębę.
Rincewind odwrócił się. Za nim nie było nikogo.
Potem spojrzał w dół.
Kusza była niemal pionowa. Gdyby wystrzeliła, bełt wbiłby mu się w dziurkę nosa.
— Krasnolud? — zdziwił się.
— Masz coś przeciwko krasnoludom?
— Ja? Skąd. Kilku moich najlepszych przyjaciół byłoby krasnoludami. Gdybym miał przyjaciół, znaczy. Ehm… Jestem Rincewind.
— Tak? A ja jestem nerwowy — oświadczył krasnolud. — Ludzie zwykle nazywają mnie Mad.
— Po prostu „Mad”? Dziwne imię.
— To nie jest imię.
Rincewind nie miał wątpliwości, że jego rozmówca jest krasnoludem. Brakowało mu tradycyjnej brody i żelaznego hełmu, ale były inne drobne charakterystyczne szczegóły. Na przykład podbródek, którym można by łupać orzechy kokosowe, zastygły na twarzy wyraz srogości oraz kulisty kształt głowy, sugerujący, że jej właściciel może przechodzić przez mury twarzą naprzód. Oraz, oczywiście — gdyby wszystko inne nie pozwalało na rozpoznanie — fakt, że czubek tej głowy znajdował się na poziomie żołądka Rincewinda, także stanowił bardzo wyraźną wskazówkę. Mad nosił skórzany kombinezon, ale — podobnie jak powóz — nabijany metalem wszędzie, gdzie się dało. A w miejscach wolnych od ćwieków nosił broń.
Słowo „przyjaciel” wyskoczyło na płaty czołowe mózgu Rincewinda. Istnieje wiele powodów, by się z kimś zaprzyjaźnić. Fakt, że ów ktoś trzyma wymierzoną w ciebie śmiercionośną broń, według Rincewinda zaliczał się do pierwszej czwórki.
— Dobre określenie — przyznał. — Łatwe do zapamiętania.
Krasnolud pochylił głowę na bok i nasłuchiwał przez chwilę.
— Szlag, doganiają mnie. — Przyjrzał się Rincewindowi. — Umiesz strzelać z kuszy?
Jego ton sugerował wyraźnie, że odpowiedź „nie” to dobry sposób nabawienia się problemów z zatokami.
— Oczywiście — zapewnił Rincewind.
— No to wskakuj do wozu. Wiesz, od lat jeżdżę tą drogą i po raz pierwszy jakiś wozostopowicz ośmielił się mnie zatrzymać.
— Zadziwiające…
Pod klapą włazu nie było zbyt wiele miejsca, a większość zajmowały kolejne elementy uzbrojenia. Mad odepchnął Rincewinda na bok, chwycił lejce, wyjrzał przez peryskopową rurę i popędził konie.
Krzaki drapały koła, gdy konie wciągały powóz z powrotem na trakt. Potem zaczęli nabierać prędkości.
— Ślicznotki, nie? — spytał Mad. — Potrafią prześcignąć wszystko, nawet z pancerzem.
— Z pewnością to bardzo… oryginalny powóz — zgodził się Rincewind.
— Wprowadziłem kilka modyfikacji — pochwalił się Mad. Uśmiechnął się złośliwie. — Jesteś magiem, szefuniu?
— Ogólnie mówiąc, tak.
— Dobrym? — Mad ładował następną kuszę.
Rincewind zawahał się, ale odpowiedział szczerze:
— Nie.
— To masz szczęście. Bym cię zabił, jakbyś był. Nie znoszę magów. Banda fanatyków, nie?
Złapał uchwyty wygiętej rury i odwrócił ją do tyłu.
— No i są — mruknął.
Rincewind spojrzał nad czubkiem jego głowy. W wygięciu rury tkwił kawałek lustra. Ukazywał drogę za nimi i pół tuzina kropek pod kolejną chmurą czerwonego kurzu.
— Gang drogowy — wyjaśnił Mad. — Polują na mój ładunek. Wszystko by ukradli. Każdy drań jest draniem, ale niektórzy dranie to naprawdę dranie. — Wyciągnął spod siedzenia kilka worków z obrokiem. — No dobra. Wyłaź na górę z dwoma kuszami, a ja zamontuję dopalacze.
— Co? Chcesz, żebym strzelał do ludzi?
— A chcesz, żebym to ja strzelał do ludzi? — zapytał Mad, wpychając go na drabinę.
Rincewind wyczołgał się na dach. Wiatr próbował zwiać mu szatę na głowę. Powóz kołysał się i podskakiwał, czerwony pył dusił w gardle.
Rincewind nienawidził broni, i to nie tylko dlatego, że tak często bywała w niego wymierzona. Jeśli człowiek ma broń, wpada w ogromne kłopoty. Inni strzelają do niego natychmiast, jeśli tylko uznają, że on może strzelić do nich. Jeśli jest nieuzbrojony, często wstrzymują się, żeby porozmawiać. Owszem, mają skłonność do wypowiadania zdań typu: „Nigdy nie zgadniesz, koleś, co z tobą zrobimy”, ale to zajmuje czas. A Rincewind wiele potrafił dokonać w ciągu kilku sekund. Mógł je wykorzystać, żeby jeszcze chwilę pożyć.
Kropki w oddali były powozami, zaprojektowanymi raczej do prędkości niż do przewożenia towarów. Niektóre miały cztery koła, inne tylko dwa. Jeden miał… tylko jedno, wielkie, ustawione pomiędzy wąskimi tyczkami, z maleńkim siodełkiem na szczycie. Jeździec wyglądał, jakby swoje ubranie zbierał na wysypiskach złomu trzech kontynentów, a tam, gdzie nie pasowało, przywiązywał kurczaka.
Ale nie tak wielkiego, jak kurczak ciągnący jego pojazd. Był większy od Rincewinda, a przeważająca część tego, co nie było szyją, była nogami. Pokonywał odległość w tempie konia.
— Co to jest, u demona? — wrzasnął Rincewind.
— Emu! — krzyknął Mad, wiszący teraz u uprzęży. — Spróbuj go ustrzelić, to niezłe żarcie!
Powóz podskoczył i kapelusz Rincewinda sfrunął na ziemię.
— Teraz jeszcze zgubiłem kapelusz!
— I dobrze! Wściekle paskudny kapelusz!
Strzała brzęknęła o metalową płytę obok stopy Rincewinda.
— Strzelają do mnie!
Na którymś z powozów człowiek obok woźnicy zakręcił czymś nad głową. Kotwiczka wbiła się w drewno obok drugiej stopy Rincewinda i wyrwała metalową płytkę.
— I jeszcze… — zaczął.
— Masz kuszę, nie?! — ryknął Mad, balansując na grzbiecie jednego z koni. — Znajdź coś, żeby się złapać, bo lada chwila zastartują…
Konie pędziły już galopem, ale nagle skoczyły naprzód, niemal strącając Rincewinda z dachu. Dym uniósł się z osi. Krajobraz się rozmył.
— Co to jest, u demona?
— Dopalacze! — zawołał Mad, przeciągając się do powozu ledwie kilka cali od pędzących kopyt. — Tajny przepis! A teraz blokuj ich, bo ktoś musi kierować!
Emu wynurzył się z kurzu, za nim dudniło kilka najszybszych powozów. Strzała wbiła się w drewno dokładnie między nogami Rincewinda, który rzucił się na płask na rozkołysanym dachu, wysunął kuszę, zamknął oczy i wystrzelił.
Zgodnie z odwieczną praktyką narracyjną strzała zrykoszetowała na czyimś hełmie i spory kawałek dalej trafiła niewinnego ptaka, którego jedyną rolą było wyzionięcie ducha z odpowiednio zabawnym piskiem.
Człowiek powożący emu podjechał bliżej. Spod znajomego kapelusza z ledwie widocznym w brudzie napisem „Maggus” rzucił Rincewindowi szeroki uśmiech. Wszystkie zęby miał zaostrzone, a na czterech przednich wygrawerowany napis „Mama”.
— Dzień dobry! — zawołał uprzejmie. — Oddajcie swój ładunek, a obiecuję, że nie zabijemy was wszystkich naraz.
— To mój kapelusz! Oddaj mój kapelusz!
— Jesteś magiem, co? — Mężczyzna stanął w siodełku, z łatwością utrzymując równowagę, choć wielkie koło podskakiwało na piasku. Zamachał rękami nad głową. — Patrzcie na mnie, chłopaki! Jestem piekielnym magiem! Magia, magia, magia!
Bardzo ciężka strzała, ciągnąca za sobą linę, trafiła w tylną ścianę powozu i wbiła się mocno. Goniący wrzasnęli z radości.
— Oddaj mi zaraz kapelusz, bo będą kłopoty!
— Kłopoty i tak będą — odparł człowiek powożący emu, mierząc z kuszy. — Ale wiesz co? Może byś mnie zmienił w coś paskudnego? Och, strasznie się…
Twarz mu pozieleniała. Upadł do tyłu. Bełt z kuszy trafił woźnicę pędzącego obok powozu; powóz ten skręcił gwałtownie, przecinając drogę innemu, który próbował go wyminąć i zderzył się z wielbłądem. To oznaczało, że przed jadącymi z tyłu wyrósł nagle wielki stos wraków, który — wobec powszechnego braku hamulców — natychmiast zaczął rosnąć. W dodatku jego część kopała ludzi.
Osłaniając głowę rękami, Rincewind zaczekał, aż odtoczy się ostatnie koło. Potem ruszył wzdłuż rozkołysanego powozu do miejsca, gdzie Mad pochylał się nad lejcami.
— Ehm… Myślę, że może pan już zwolnić, panie Mad — oznajmił.
— Tak? A co, pozabijałeś wszystkich?
— E nie… Nie wszystkich. Niektórzy zwyczajnie uciekli.
— W konia mnie robisz? — Krasnolud obejrzał się do tyłu. — A niech mnie, wcale nie! Tutaj, ciągnij tę dźwignię jak najmocniej!
Wskazał długi metalowy pręt obok Rincewinda, który szarpnął za niego posłusznie. Zgrzytnął metal, gdy hamulce ścisnęły koła.
— Dlaczego one tak szybko biegną?
— Są na mieszaninie owsa i jąder jaszczurek! — wyjaśnił Mad, przekrzykując zgrzyty rozgrzanych do czerwoności hamulców. — To daje im ostry dopał!
Powóz musiał krążyć przez kilka minut, aż koniom opadł poziom adrenaliny. Dopiero wtedy zawrócili traktem, żeby zbadać stos rozbitych powozów gangu.
Mad zaklął.
— Co się tu działo?
— Nie powinien mi kraść kapelusza — wymamrotał Rincewind.
Krasnolud zeskoczył na ziemię i kopnął złamane koło.
— Tak załatwiasz ludzi, jeśli ci ukradną kapelusz? A co robisz, jeśli ci naplują w oko? Rozwalasz całą okolicę?
— To mój kapelusz! — burknął ponuro Rincewind.
Nie był pewien, co się właściwie stało. Nie radził sobie z magią, to wiedział na pewno. Jedyne jego klątwy, które miały niewielką choćby szansę spełnienia, brzmiały mniej więcej: „Oby deszcz spadł na ciebie w pewnym momencie twojego życia” albo „Obyś zgubił jakiś niewielki przedmiot, mimo że odłożyłeś go tutaj przed chwilą”. Ale żeby ktoś się zrobił bladozielony… a tak, i jeszcze w takie żółtawe plamy… To nie był typowy efekt.
Mad rozglądał się czujnie pośród szczątków. Podniósł kilka sztuk broni i odrzucił je na bok.
— Chcesz wielbłąda? — zapytał.
Zwierzak stał w pewnej odległości od nich i zerkał na krasnoluda podejrzliwie. Zdawało się, że wyszedł z zamieszania bez uszczerbku, choć spowodował bardzo znaczne uszczerbki u innych.
— Wolałbym raczej wsadzić nogę do krajalnicy bekonu — odparł stanowczo Rincewind.
— Na pewno? Jak chcesz. Przywiąż go do wozu, sprzedam go za niezłą cenę w Czyżeśpiwoszynióskol — stwierdził Mad.
Obejrzał domowej roboty samopowtarzalną kuszę i też ją odrzucił. Potem sprawdził następny rozbity powóz i wyraźnie się rozpromienił.
— No, teraz to gotujemy na węglu! — zawołał. — To nasz szczęśliwy dzień, koleś.
— Och. Worek siana — stwierdził uprzejmie Rincewind.
— Pomóż go przenieść, co?
Mad otworzył rygle w tyle swojego powozu.
— Co jest takiego wyjątkowego w sianie?
Klapa opadła. Powóz był pełen siana.
— Tutaj to życie albo śmierć, koleś. Są tacy, co dla beli siana by cię rozpruli stąd aż do śniadania. Człowiek bez siana to człowiek bez konia, a tutaj człowiek bez konia to zwłoki.
— Przepraszam… Przeszedłem przez to wszystko dla kopy siana?
Mad konspiracyjnie poruszył brwiami.
— I dwóch worków owsa w ukrytej komorze, koleś. — Klepnął Rincewinda w plecy. — I pomyśleć, wziąłem cię za jakiegoś podstępnego drongo, co to go lepiej wywalić za burtę! A tu się okazuje, że jesteś zwariowany jak ja!
Są takie chwile, kiedy nie opłaca się deklarować własnego zdrowia psychicznego, i Rincewind zrozumiał, że musiałby zwariować, by uczynić to teraz. Zresztą potrafił rozmawiać z kangurami i znajdować na pustyni bułeczki z kurczakiem w ostrym sosie. Czasami po prostu trzeba spojrzeć w twarz roztrzęsionym faktom.
— Defekt mózgu — zapewnił z czymś, co, miał nadzieję, było rozbrajającą skromnością.
— Zuch ziomal. Dobra, ładujemy ich broń i żarcie, i ruszamy.
— A po co nam ich broń?
— Dostanę dobrą cenę.
— Co z ciałami?
— Nic. Są bez wartości.
Gdy Mad przybijał zebrane kawałki złomu do ścian powozu, Rincewind zbliżył się czujnie do zielono-żółtego trupa… i jeszcze, tak, z dużymi czarnymi plamami… Kijem ostrożnie uniósł z jego głowy swój kapelusz.
Niewielka ośmionożna kula wściekłego czarnego futra wyskoczyła spod spodu i wbiła kły w patyk, który zaczął dymić. Rincewind odłożył go bardzo delikatnie, chwycił kapelusz i uciekł.

Jest jeszcze galeria na Flickrze, ale tam jest mniej zdjęć. https://www.flickr.com/photos/38463026@N04/albums/72157678556205498