Zgrredek

Mad

Mad

Dawno niczego tu nie pokazywałem. Konkretnie to dziesięć miesięcy. Mam nadzieję, że ten rok będzie dla mnie łaskawszy i będę miał więcej czasu na budowanie.
Kiedy już wreszcie coś zbudowałem to (wot siurprajs) jest to coś ze Świata Dysku. A konkretnie z książki “Ostatni kontynent”.
Scenka przedstawia podróż Rincewinda przez kontynent XXXX, a konkretnie jego spotkanie z Madem.
Jest tu trochę nieścisłości. A mianowicie wóz Mada powinno ciągnąć osiem koni a nie cztery. Ale coś co dobrze wygląda w książce niekoniecznie dobrze wygląda w realu. A poza tym musiałbym zbudować jeszcze dłuższe podłoże, co już w ogóle pozbawiło by mnie klocków dark orange. Tak w ogóle to podłoże najlepiej jakby było na płycie 48×48 – to może jako tako oddałoby tę rozległą przestrzeń jaką jest pustynia. Choć pewnie lepsze by były cztery takie płyty. Ten pojazd ciągnięty przez strusia to powinno być jedno koło, ale łatwiej było zbudować dwa i wyszedł mi z tego mini walec. ;P
Pojazd Mada był opisany mało szczegółowo, ale umieściłem tu wszystkie opisane szczegóły. Wyszedł mi z tego… rydwan z przyczepą. Na środku jest przegub, dzięki któremu pojazd skręca.
No i małe objaśnienie dla tych, którzy nie czytali książki. “Ostatni kontynent” to hołd Pratchetta dla Australii. Cała książka to sparafrazowane popkulturowe motywy związane z Australią. Tu mamy sparafrazowanego Mad Maxa.
Gdyby ktoś był ciekaw szczegółów, np dlaczego jeden z napastników ma zieloną głowę, może przeczytać ten krótki fragment książki, gdzie cała sytuacja jest opisana:

Po chwili na tle świtu wykwitła chmura kurzu. Zbliżała się. Rincewind pełen nadziei stanął obok traktu.
W końcu na odwróconym wierzchołku chmury pojawił się powóz ciągnięty przez zaprzęg ośmiu koni. Konie były czarne. Powóz też. I nie wyglądał, jakby miał zamiar zwolnić.
Gdy konie go mijały, Rincewind pomachał w powietrzu kapeluszem.
Po chwili kurz opadł. Rincewind podniósł się i ruszył chwiejnie przez krzaki, aż dotarł do powozu w miejscu, gdzie się zatrzymał. Konie przyglądały mu się czujnie.
Nie był to tak duży powóz, żeby musiało go ciągnąć osiem koni — jednak i zwierzęta, i powóz pokrywało tyle drewna, skóry i metalu, że raczej nie dysponowały rezerwą energii. Kolce i ćwieki pokrywały wszystkie powierzchnie.
Lejce prowadziły nie do typowego kozła, ale do otworów w przedniej ścianie powozu. Ta była wzmocniona dodatkowym drewnem i żelastwem — można było rozpoznać stare fajerki, wyklepane fragmenty zbroi, pokrywki od garnków, a także rozdeptane na płasko i przybite puszki.
Nad szczeliną, w której znikały lejce, przez dach powozu wystawało coś podobnego do wygiętej rury piecyka. Wydawało się, że patrzy czujnie.
— Ehm… dzień dobry — odezwał się Rincewind. — Przepraszam, że spłoszyłem konie…
Wobec braku odpowiedzi wspiął się na opancerzone koło i zajrzał na dach. Była tam okrągła pokrywa, w tej chwili otwarta.
Rincewind nawet nie pomyślał, żeby zajrzeć do środka. To by oznaczało, że jego głowa będzie wyraźnie obrysowana na tle nieba — pewny sposób, by zaraz potem jego ciało było obrysowane na ziemi.
Za nim trzasnęła gałązka.
Westchnął i zszedł powoli, bardzo uważając, żeby się nie odwrócić.
— Poddaję się całkowicie — zapewnił, podnosząc ręce.
— I słusznie — odparł spokojny głos. — To jest kusza, koleś. A teraz popatrzmy na twoją paskudną gębę.
Rincewind odwrócił się. Za nim nie było nikogo.
Potem spojrzał w dół.
Kusza była niemal pionowa. Gdyby wystrzeliła, bełt wbiłby mu się w dziurkę nosa.
— Krasnolud? — zdziwił się.
— Masz coś przeciwko krasnoludom?
— Ja? Skąd. Kilku moich najlepszych przyjaciół byłoby krasnoludami. Gdybym miał przyjaciół, znaczy. Ehm… Jestem Rincewind.
— Tak? A ja jestem nerwowy — oświadczył krasnolud. — Ludzie zwykle nazywają mnie Mad.
— Po prostu „Mad”? Dziwne imię.
— To nie jest imię.
Rincewind nie miał wątpliwości, że jego rozmówca jest krasnoludem. Brakowało mu tradycyjnej brody i żelaznego hełmu, ale były inne drobne charakterystyczne szczegóły. Na przykład podbródek, którym można by łupać orzechy kokosowe, zastygły na twarzy wyraz srogości oraz kulisty kształt głowy, sugerujący, że jej właściciel może przechodzić przez mury twarzą naprzód. Oraz, oczywiście — gdyby wszystko inne nie pozwalało na rozpoznanie — fakt, że czubek tej głowy znajdował się na poziomie żołądka Rincewinda, także stanowił bardzo wyraźną wskazówkę. Mad nosił skórzany kombinezon, ale — podobnie jak powóz — nabijany metalem wszędzie, gdzie się dało. A w miejscach wolnych od ćwieków nosił broń.
Słowo „przyjaciel” wyskoczyło na płaty czołowe mózgu Rincewinda. Istnieje wiele powodów, by się z kimś zaprzyjaźnić. Fakt, że ów ktoś trzyma wymierzoną w ciebie śmiercionośną broń, według Rincewinda zaliczał się do pierwszej czwórki.
— Dobre określenie — przyznał. — Łatwe do zapamiętania.
Krasnolud pochylił głowę na bok i nasłuchiwał przez chwilę.
— Szlag, doganiają mnie. — Przyjrzał się Rincewindowi. — Umiesz strzelać z kuszy?
Jego ton sugerował wyraźnie, że odpowiedź „nie” to dobry sposób nabawienia się problemów z zatokami.
— Oczywiście — zapewnił Rincewind.
— No to wskakuj do wozu. Wiesz, od lat jeżdżę tą drogą i po raz pierwszy jakiś wozostopowicz ośmielił się mnie zatrzymać.
— Zadziwiające…
Pod klapą włazu nie było zbyt wiele miejsca, a większość zajmowały kolejne elementy uzbrojenia. Mad odepchnął Rincewinda na bok, chwycił lejce, wyjrzał przez peryskopową rurę i popędził konie.
Krzaki drapały koła, gdy konie wciągały powóz z powrotem na trakt. Potem zaczęli nabierać prędkości.
— Ślicznotki, nie? — spytał Mad. — Potrafią prześcignąć wszystko, nawet z pancerzem.
— Z pewnością to bardzo… oryginalny powóz — zgodził się Rincewind.
— Wprowadziłem kilka modyfikacji — pochwalił się Mad. Uśmiechnął się złośliwie. — Jesteś magiem, szefuniu?
— Ogólnie mówiąc, tak.
— Dobrym? — Mad ładował następną kuszę.
Rincewind zawahał się, ale odpowiedział szczerze:
— Nie.
— To masz szczęście. Bym cię zabił, jakbyś był. Nie znoszę magów. Banda fanatyków, nie?
Złapał uchwyty wygiętej rury i odwrócił ją do tyłu.
— No i są — mruknął.
Rincewind spojrzał nad czubkiem jego głowy. W wygięciu rury tkwił kawałek lustra. Ukazywał drogę za nimi i pół tuzina kropek pod kolejną chmurą czerwonego kurzu.
— Gang drogowy — wyjaśnił Mad. — Polują na mój ładunek. Wszystko by ukradli. Każdy drań jest draniem, ale niektórzy dranie to naprawdę dranie. — Wyciągnął spod siedzenia kilka worków z obrokiem. — No dobra. Wyłaź na górę z dwoma kuszami, a ja zamontuję dopalacze.
— Co? Chcesz, żebym strzelał do ludzi?
— A chcesz, żebym to ja strzelał do ludzi? — zapytał Mad, wpychając go na drabinę.
Rincewind wyczołgał się na dach. Wiatr próbował zwiać mu szatę na głowę. Powóz kołysał się i podskakiwał, czerwony pył dusił w gardle.
Rincewind nienawidził broni, i to nie tylko dlatego, że tak często bywała w niego wymierzona. Jeśli człowiek ma broń, wpada w ogromne kłopoty. Inni strzelają do niego natychmiast, jeśli tylko uznają, że on może strzelić do nich. Jeśli jest nieuzbrojony, często wstrzymują się, żeby porozmawiać. Owszem, mają skłonność do wypowiadania zdań typu: „Nigdy nie zgadniesz, koleś, co z tobą zrobimy”, ale to zajmuje czas. A Rincewind wiele potrafił dokonać w ciągu kilku sekund. Mógł je wykorzystać, żeby jeszcze chwilę pożyć.
Kropki w oddali były powozami, zaprojektowanymi raczej do prędkości niż do przewożenia towarów. Niektóre miały cztery koła, inne tylko dwa. Jeden miał… tylko jedno, wielkie, ustawione pomiędzy wąskimi tyczkami, z maleńkim siodełkiem na szczycie. Jeździec wyglądał, jakby swoje ubranie zbierał na wysypiskach złomu trzech kontynentów, a tam, gdzie nie pasowało, przywiązywał kurczaka.
Ale nie tak wielkiego, jak kurczak ciągnący jego pojazd. Był większy od Rincewinda, a przeważająca część tego, co nie było szyją, była nogami. Pokonywał odległość w tempie konia.
— Co to jest, u demona? — wrzasnął Rincewind.
— Emu! — krzyknął Mad, wiszący teraz u uprzęży. — Spróbuj go ustrzelić, to niezłe żarcie!
Powóz podskoczył i kapelusz Rincewinda sfrunął na ziemię.
— Teraz jeszcze zgubiłem kapelusz!
— I dobrze! Wściekle paskudny kapelusz!
Strzała brzęknęła o metalową płytę obok stopy Rincewinda.
— Strzelają do mnie!
Na którymś z powozów człowiek obok woźnicy zakręcił czymś nad głową. Kotwiczka wbiła się w drewno obok drugiej stopy Rincewinda i wyrwała metalową płytkę.
— I jeszcze… — zaczął.
— Masz kuszę, nie?! — ryknął Mad, balansując na grzbiecie jednego z koni. — Znajdź coś, żeby się złapać, bo lada chwila zastartują…
Konie pędziły już galopem, ale nagle skoczyły naprzód, niemal strącając Rincewinda z dachu. Dym uniósł się z osi. Krajobraz się rozmył.
— Co to jest, u demona?
— Dopalacze! — zawołał Mad, przeciągając się do powozu ledwie kilka cali od pędzących kopyt. — Tajny przepis! A teraz blokuj ich, bo ktoś musi kierować!
Emu wynurzył się z kurzu, za nim dudniło kilka najszybszych powozów. Strzała wbiła się w drewno dokładnie między nogami Rincewinda, który rzucił się na płask na rozkołysanym dachu, wysunął kuszę, zamknął oczy i wystrzelił.
Zgodnie z odwieczną praktyką narracyjną strzała zrykoszetowała na czyimś hełmie i spory kawałek dalej trafiła niewinnego ptaka, którego jedyną rolą było wyzionięcie ducha z odpowiednio zabawnym piskiem.
Człowiek powożący emu podjechał bliżej. Spod znajomego kapelusza z ledwie widocznym w brudzie napisem „Maggus” rzucił Rincewindowi szeroki uśmiech. Wszystkie zęby miał zaostrzone, a na czterech przednich wygrawerowany napis „Mama”.
— Dzień dobry! — zawołał uprzejmie. — Oddajcie swój ładunek, a obiecuję, że nie zabijemy was wszystkich naraz.
— To mój kapelusz! Oddaj mój kapelusz!
— Jesteś magiem, co? — Mężczyzna stanął w siodełku, z łatwością utrzymując równowagę, choć wielkie koło podskakiwało na piasku. Zamachał rękami nad głową. — Patrzcie na mnie, chłopaki! Jestem piekielnym magiem! Magia, magia, magia!
Bardzo ciężka strzała, ciągnąca za sobą linę, trafiła w tylną ścianę powozu i wbiła się mocno. Goniący wrzasnęli z radości.
— Oddaj mi zaraz kapelusz, bo będą kłopoty!
— Kłopoty i tak będą — odparł człowiek powożący emu, mierząc z kuszy. — Ale wiesz co? Może byś mnie zmienił w coś paskudnego? Och, strasznie się…
Twarz mu pozieleniała. Upadł do tyłu. Bełt z kuszy trafił woźnicę pędzącego obok powozu; powóz ten skręcił gwałtownie, przecinając drogę innemu, który próbował go wyminąć i zderzył się z wielbłądem. To oznaczało, że przed jadącymi z tyłu wyrósł nagle wielki stos wraków, który — wobec powszechnego braku hamulców — natychmiast zaczął rosnąć. W dodatku jego część kopała ludzi.
Osłaniając głowę rękami, Rincewind zaczekał, aż odtoczy się ostatnie koło. Potem ruszył wzdłuż rozkołysanego powozu do miejsca, gdzie Mad pochylał się nad lejcami.
— Ehm… Myślę, że może pan już zwolnić, panie Mad — oznajmił.
— Tak? A co, pozabijałeś wszystkich?
— E nie… Nie wszystkich. Niektórzy zwyczajnie uciekli.
— W konia mnie robisz? — Krasnolud obejrzał się do tyłu. — A niech mnie, wcale nie! Tutaj, ciągnij tę dźwignię jak najmocniej!
Wskazał długi metalowy pręt obok Rincewinda, który szarpnął za niego posłusznie. Zgrzytnął metal, gdy hamulce ścisnęły koła.
— Dlaczego one tak szybko biegną?
— Są na mieszaninie owsa i jąder jaszczurek! — wyjaśnił Mad, przekrzykując zgrzyty rozgrzanych do czerwoności hamulców. — To daje im ostry dopał!
Powóz musiał krążyć przez kilka minut, aż koniom opadł poziom adrenaliny. Dopiero wtedy zawrócili traktem, żeby zbadać stos rozbitych powozów gangu.
Mad zaklął.
— Co się tu działo?
— Nie powinien mi kraść kapelusza — wymamrotał Rincewind.
Krasnolud zeskoczył na ziemię i kopnął złamane koło.
— Tak załatwiasz ludzi, jeśli ci ukradną kapelusz? A co robisz, jeśli ci naplują w oko? Rozwalasz całą okolicę?
— To mój kapelusz! — burknął ponuro Rincewind.
Nie był pewien, co się właściwie stało. Nie radził sobie z magią, to wiedział na pewno. Jedyne jego klątwy, które miały niewielką choćby szansę spełnienia, brzmiały mniej więcej: „Oby deszcz spadł na ciebie w pewnym momencie twojego życia” albo „Obyś zgubił jakiś niewielki przedmiot, mimo że odłożyłeś go tutaj przed chwilą”. Ale żeby ktoś się zrobił bladozielony… a tak, i jeszcze w takie żółtawe plamy… To nie był typowy efekt.
Mad rozglądał się czujnie pośród szczątków. Podniósł kilka sztuk broni i odrzucił je na bok.
— Chcesz wielbłąda? — zapytał.
Zwierzak stał w pewnej odległości od nich i zerkał na krasnoluda podejrzliwie. Zdawało się, że wyszedł z zamieszania bez uszczerbku, choć spowodował bardzo znaczne uszczerbki u innych.
— Wolałbym raczej wsadzić nogę do krajalnicy bekonu — odparł stanowczo Rincewind.
— Na pewno? Jak chcesz. Przywiąż go do wozu, sprzedam go za niezłą cenę w Czyżeśpiwoszynióskol — stwierdził Mad.
Obejrzał domowej roboty samopowtarzalną kuszę i też ją odrzucił. Potem sprawdził następny rozbity powóz i wyraźnie się rozpromienił.
— No, teraz to gotujemy na węglu! — zawołał. — To nasz szczęśliwy dzień, koleś.
— Och. Worek siana — stwierdził uprzejmie Rincewind.
— Pomóż go przenieść, co?
Mad otworzył rygle w tyle swojego powozu.
— Co jest takiego wyjątkowego w sianie?
Klapa opadła. Powóz był pełen siana.
— Tutaj to życie albo śmierć, koleś. Są tacy, co dla beli siana by cię rozpruli stąd aż do śniadania. Człowiek bez siana to człowiek bez konia, a tutaj człowiek bez konia to zwłoki.
— Przepraszam… Przeszedłem przez to wszystko dla kopy siana?
Mad konspiracyjnie poruszył brwiami.
— I dwóch worków owsa w ukrytej komorze, koleś. — Klepnął Rincewinda w plecy. — I pomyśleć, wziąłem cię za jakiegoś podstępnego drongo, co to go lepiej wywalić za burtę! A tu się okazuje, że jesteś zwariowany jak ja!
Są takie chwile, kiedy nie opłaca się deklarować własnego zdrowia psychicznego, i Rincewind zrozumiał, że musiałby zwariować, by uczynić to teraz. Zresztą potrafił rozmawiać z kangurami i znajdować na pustyni bułeczki z kurczakiem w ostrym sosie. Czasami po prostu trzeba spojrzeć w twarz roztrzęsionym faktom.
— Defekt mózgu — zapewnił z czymś, co, miał nadzieję, było rozbrajającą skromnością.
— Zuch ziomal. Dobra, ładujemy ich broń i żarcie, i ruszamy.
— A po co nam ich broń?
— Dostanę dobrą cenę.
— Co z ciałami?
— Nic. Są bez wartości.
Gdy Mad przybijał zebrane kawałki złomu do ścian powozu, Rincewind zbliżył się czujnie do zielono-żółtego trupa… i jeszcze, tak, z dużymi czarnymi plamami… Kijem ostrożnie uniósł z jego głowy swój kapelusz.
Niewielka ośmionożna kula wściekłego czarnego futra wyskoczyła spod spodu i wbiła kły w patyk, który zaczął dymić. Rincewind odłożył go bardzo delikatnie, chwycił kapelusz i uciekł.

Jest jeszcze galeria na Flickrze, ale tam jest mniej zdjęć. https://www.flickr.com/photos/38463026@N04/albums/72157678556205498

Historia Polski – Wojna Polsko-Bolszewicka 1920

Historia Polski – Wojna Polsko-Bolszewicka 1920

Dawno, dawno temu (w 2011 roku) zbudowałem model czołgu Renault FT-17. I wkrótce potem wpadł mi do głowy pomysł na zbudowanie dioramy z kilkoma takimi czołgami. Najlepiej coś z 1920 roku. Jakaś scena rozjeżdżania sowieckich okopów czy coś takiego. Jednak wciąż odkładałem to na potem, bo zaprzątały mnie inne projekty. Ale, kiedy powstał pomysł zbudowania Historii Polski, uznałem, że mój wcześniejszy projekt będzie tu pasował. No więc zgłosiłem się ochoczo i zacząłem dłubać przy kolejnej wersji FT-17, ale jakoś kiepsko to szło. Jednym z pomysłów było użycie koloru oliwkowego zamiast ciemno-zielonego. Niestety jest w tym kolorze za mało części. Drugim pomysłem było zbudowanie nowej wieży, która ma trudny do oddania z klocków kształt. W końcu przez te siedem lat powstało mnóstwo nowych klocków. Dłubałem przy tej nowej wieży wiele dni i nie byłem zadowolony. W końcu odłożyłem temat i zająłem się innymi projektami.
A czas uciekał.
W końcu było tego czasu już tak mało, że powstanie dioramy było pod dużym znakiem zapytania. I wtedy przyszedł czas na Wyjcie Awaryjne. Czyli wieżyczka do czołgu jakakolwiek i coś prostszego zamiast rozjeżdżania sowieckich okopów. A co może być prostszego od kamienicy? I wtedy powstał pomysł na scenkę “miejską”.
Ponieważ zaraz jadę na wystawę w Rzeszowie i nie będę miał czasu na udzielanie odpowiedzi, to od razu napiszę “co autor miał na myli”.
Mamy tu scenkę wkraczania wojsk polskich do jakiegoś małego miasteczka. Tłum wiwatuje, czyli, że się cieszy z powrotu polskiej władzy. Jakiś pan na drabinie wiesza nad wejściem do jakiegoś urzędu polskie godło, a wisząca tam wcześniej czerwona gwiazda leży roztrzaskana na chodniku (musiała być roztrzaskana, bo raz, że widać, że była zdejmowana z dużą dozą negatywnych uczuć, a dwa, że całą jest trudno zbudować). Nieopodal gwiazdy leży zabity enkawudzista. No bo jakoś trzeba było wypełnić tę pustą uliczkę, a martwe ciało na pustej ulicy wydaje mi się, że ma w sobie dużo dramatyzmu.
No i na koniec zegar, który pokazuje godzinę za pięć dwunasta. To czas, kiedy ta makieta była budowana. ;)

1920

A tak makieta wygląda z tyłu. No i widać jak zrobić zdjęcie, kiedy nie ma czasu na sprzątnięcie stołu.

Historia Polski – Najazdy tatarskie w XIII wieku

Historia Polski – Najazdy tatarskie w XIII wieku

To moja cegiełka do wspólnego przedsięwzięcia “Historia Polski”. Zdjęcia nie powalają, ale czasu mam mało, bo jeszcze kolejna “cegiełka” czeka na zbudowanie. No i do jako takiej sesji fotograficznej musiałbym sprzątnąć stół. A tak makieta pozuje stojąc na piramidzie pudełek ustawionej na zabałaganionym stole. ;P

złota orda

Srebrna Orda

Srebrna Orda

Historia tego MOC-a jest długa i kręta. Bo zacząłem go z rok temu. Nawet chyba planowałem zawieźć go na wystawę w Bytomiu. Nawet kupiłem jakieś klocki (na szczęście jednak się przydały). Skończyło się na tym, że zrobiłem ludziki. Brakowało mi jednak pomysłu na scenografię i to wstrzymało prace na bardzo długo. Coś ruszyło się w okolicach Świąt. Oryginalnie ta scena (bo jest to scena z książki) rozegrała się we wnętrzu. Poszedłem więc najpierw w tę stronę. Miała to być szkoła walki i wymyśliłem sobie, że zrobię taką jak w Matrixie. Zacząłem ją budować, ale to nie było to. Pudełko, do którego można zajrzeć tylko z jednej strony… Jak to tam wszystko poustawiać, żeby było widoczne i czytelne? No i kiedy postanowiłem przenieść akcję na zewnątrz, to wszystko ruszyło… No nie tak od razu z kopyta. Z kopyta to ruszyło jak już uporałem się z tym dachem, bo siedziałem nad nim kilka dni. Ale jak już był dach, to resztę zrobiłem w dwa dni.

A co przedstawia MOC? Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem, że to coś ze Świata Dysku? Srebrna Orda to grupa barbarzyńskich wojowników, bardzo posuniętych w latach. “Mają bardzo wiele doświadczenia w nieumieraniu. I doskonale opanowali tę sztukę.” Postanowili ukraść Imperium Agatejskie. Imperium zajmujące cały kontynent. W siedmiu. I jeszcze udało im się tego dokonać. Gdyby ktoś był ciekaw szczegółów, to odsyłam do książki “Ciekawe czasy” Pratchetta.

Srebrnej Ordzie przewodzi Cohen Barbarzyńca. Ma ponad dziewięćdziesiąt lat (sam stracił rachubę) i nie ma zębów. Zamiast tego ma sztuczną szczękę zrobioną z diamentowych zębów trolli. Siodło jego konia ma dodatkowo poduszkę na hemoroidy.

Mały Willie jest najmłodszy w Srebrnej Ordzie – ma mniej niż 80 lat. Nosi buty z bardzo grubą podeszwą i ma problemy z trzymaniem moczu.

Caleb Rozpruwacz ma 85 lat. Za młodych lat gołymi rękami zabił 400 ludzi. A jeszcze więcej kiedy był uzbrojony. Nigdy nie widział kobiety, która by nie uciekała. Kiedy taką spotkał w Zakazanym Mieście, to dla niej zgolił brodę.

Truckle Nieuprzejmy chodzi o kulach, na których ma wyryty napis KOCHAĆ i NIENAWIDZIĆ. Z broni preferuje maczugę. Dzięki niemu wiele potworów trafiło na listę zagrożonych gatunków.

Stary Vincent ma 87 lat i kłopoty z pamięcią – trudno mu zapamiętać, że gwałci się kobiety i pali domy a nie na odwrót.

Wściekły Hamish ma 105 lat i porusza się na wózku inwalidzkim. Niedosłyszy, ma problemy z koncentracją, zazwyczaj błądzi myślami daleko o jakieś osiemdziesiąt lat.

Ronald Saweloy… Zamiast opisu cytat:

— Wie pan, wydaje się pan człowiekiem nieźle wykształconym jak na barbarzyńcę.
— Ależ nie. Nie zaczynałem jako barbarzyńca. Kiedyś byłem nauczycielem w szkole. Dlatego nazywają mnie Ucz.
— A czego pan uczył?
— Geografii. Interesowały mnie również badania Aurientu. Ale zrezygnowałem i postanowiłem zarabiać na życie mieczem.
— Chociaż wcześniej przez całe życie był pan nauczycielem?
— Przyznaję, wymagało to zmiany perspektywy.
— Ale… no… przecież… niedostatki, straszliwe zagrożenia, codzienne narażanie życia…
Saveloy ucieszył się wyraźnie.
— Więc pan też uczył kiedyś w szkole?

Na zdjęciu to ten wyższy z tyłu. Niższy w czerwonym kapeluszu z białym guzikiem to Sześć Dobroczynnych Wiatrów – agatejski poborca podatkowy, który myślał, że zaprowadzenie zagubionych w Zakazanym Mieście ordyńców do sali ćwiczeń będzie wciągnięciem ich w pułapkę.

No i reszta zdjęć:

Jest jeszcze album na Flickrze: https://www.flickr.com/photos/38463026@N04/albums/72157690446251561

Astfgl – Najwyższy Dożywotni Prezydent Piekła

Astfgl – Najwyższy Dożywotni Prezydent Piekła

Astfgl to postać ze Świata Dysku, a konkretnie z książki “Faust Eryk”. A skąd ten “Najwyższy Dożywotni Prezydent Piekła”? No cóż… Na początku był po prostu królem demonów. Jak doszedł do tego “Prezydenta”, to… za dużo by opowiadać. Najlepiej po prostu przeczytać książkę. Zwłaszcza, że jest cieniutka (dosłownie, nie w przenośni ;) )
Chciałem zbudować tę postać już w zeszłym roku, ale po kilku próbach zarzuciłem projekt. Wróciłem do niego, kiedy kupiłem zestaw z tym diabełkiem.

Astfgl 1 by zgrredek, on Flickr
Astfgl 2 by zgrredek, on Flickr
Astfgl 3 by zgrredek, on Flickr

Chodu!!!

Chodu!!!

null

To historia nie z tego świata. Ani z żadnego znanego nam uniwersum. Bo nie odkryli go jak dotąd ani pisarze, ani filmowcy, ani tym bardziej podróżnicy, misjonarze czy poborcy podatkowi. Jedyne świadectwo istnienia tego świata to kartka wyrwana z książki, do której dotarłem poprzez L-przestrzeń, która jak niektórzy wiedzą łączy wszystkie biblioteki wszystkich światów we wszystkich czasach. (Tak dokładnie to kartka pochodzi z bibliotecznej wygódki, co tłumaczyłoby dlaczego jest tylko jedna.)
Niestety trudno na podstawie jednej kartki wnioskować czy to literacka fikcja, czy literatura faktu. Jedna strona to opis przyrody, nudny prawie jak wNad Niemnem. Za to druga jest pełna akcji i mrożących krew w żyłach sytuacji. Niestety nie wiadomo jak skończyła się ta historia. Jednak zaintrygowała mnie tak bardzo, że pokusiłem się o jej zilustrowanie.
Ilustracja przedstawia zuchwałą kradzież jaja tartacznika (erinaceus carnifexus). Tartacznik to zwierzę żywiące się trocinami. W tym celu ścina drzewa i zjada je pracowicie piłując. Jednak, gdy mały tartacznik wychowa się wśród ludzi, to można nauczyć go cięcia drewna na deski, a nawet klepkę podłogową. Ktoś tam podobno widział tartacznika toczącego tralki, ale to niesprawdzone plotki. Dlatego jaja tartacznika są tak pożądane. A ponieważ tartacznik jest niezwykle groźny to jego jaja są niezwykle cenne. Tak cenne, że znajduje się wielu śmiałków ryzykujących życie w nadziei szybkiego wzbogacenia się.

Ta praca powstała nietypowo. Przynajmniej jak na mnie. Bo wszystko zaczęło się od tego, że kiedy robiłem porządki w klockach, to nie miałem pomysłu, co zrobić z dwoma „Aircraft Fuselage Curved Aft Section with Orange Base”. Patrzyłem tak na nie, wahając się, czy może po prostu je wyrzucić, bo były wielkie, brzydkie i nie rokowały nadziei na jakąkolwiek przydatność. Nawet jako wypełniacz. I kiedy tak obracałem te brzydactwa w dłoniach, to doznałem olśnienia – te części złączone ze sobą mogłyby udawać (z dużą dozą uproszczenia) jakiś kiszkowaty balon. Tak, to było to! Zamiast wyrzucać – coś z tego zbudować. Utylizacja doskonała!
Złączyłem części pinami i… się zaczęło. Budowanie tego latadła dało mi dużo frajdy, bo ograniczała mnie tylko wyobraźnia. Ale kiedy latadło powstało to powstał też problem – brak akcji. No bo pojazd czy latadło, nawet żeby nie wiem jak udane, to dla mnie za mało. Musi być jakiś kontekst!
A może by przy okazji coś jeszcze „zutylizować”? Bo mam przecież mnóstwo klocków, które nie rokują na jakąkolwiek przydatność. A niektóre nawet w dużych ilościach. I tak powstał tartacznik, gdzie udało mi się wcisnąć 22 sztuki „Hinge Plate 1 x 8 with Angled Side Extensions, Rounded Plate Underside” i jeszcze jakieś bioniclowe części.
Potem przyszła kolej na podłoże, co na dłużej wstrzymało prace, bo nie miałem pomysłu jak to zrobić, żeby to latadło było w górze, a jeszcze najlepiej żeby nie było widać zamocowania. Pożyczyłem od Jetboya przezroczyste liftarmy (bo sam miałem tylko jeden) i zacząłem kombinować jakieś karkołomne konstrukcje. Wszystkie były do bani, bo nie pozwalały odpowiednio upozować latadła i żadne nie zapewniało jego względnej stabilności. W końcu zrezygnowałem z „niewidoczności” zamocowania i prace znów ruszyły pełną parą.
Ponieważ dystans między latadłem a tartacznikiem jest dość znaczy, więc wypadałoby to czymś wypełnić. Może by więc znów coś zutylizować? „Cockpit 8 x 6 x 2 Curved” (mam ich kilkanaście) kiedy go odwrócić to mógłby przypominać pancerz jakiegoś chrząszcza. A na główkę „Bionicle Shoulder Armor”! A nogi? Mam przecież kilkaset „Minifig, Weapon Crescent Blade, Serrated with Bar”!
Przydałaby się też jakaś roślinność. Ale marnować klocki na budowanie drzew? Może by więc znów coś zutylizować? No to idziemy w kwiatki. „Orange Slope, Curved 3 x 1 No Studs” mam całe wiadro, więc pozbycie się chociaż tych 20 sztuk to też coś. Liści palmowych też chętnie się pozbyłem. A może dałoby się zbudować jakieś kwiatki z „Dark Blue Tail Shuttle, Small”, których mam kilkaset? O, dało się! Może nie są bardzo „kwiatkowe”, ale ważne, że pozbyłem się 20 sztuk. No to jeszcze na koniec zutylizujmy 22 „Medium Blue Plant Flower 2 x 2 Rounded – Open Stud”.
Nie wiem czy ta utylizacja miała sens, bo poza tymi mało przydatnymi częściami zużyłem też dużo całkiem przydatnych. Ale jednak mam satysfakcję, że te nieprzydatne nie trafiły do śmieci.

Album na Flickr jeśli ktoś woli tam oglądać: https://www.flickr.com/photos/38463026@N04/albums/72157683059930866

Muzyka Duszy

Muzyka Duszy

Ten MOCyk chodził za mną od dawna, ale potrzebowałem impulsu. Tym impulsem było zdobycie krowiej czaszki, która tutaj udaje czaszkę końską. To oczywiście znów coś ze Świata Dysku. Ci co czytali wiedzą o co chodzi, a dla nieczytatych coś na kształt wyjaśnienia. Jest to motor, który nie ma silnika. Został zbudowany przez Bibliotekarza z różnych “śmieci” na takiej zasadzie na jakiej ktoś zbudowałby motor kilkaset lat temu mając do dyspozycji tylko rysunek.
A teraz dwa cytaty:

Bibliotekarz przykucnął na podłodze w długiej, wąskiej piwnicy. Przed nim leżały porozrzucane dziwne przedmioty: koło wozu, kawałki drewna i kości, rozmaite rury, pręty i odcinki drutu. Sugerowały jakoś, że w całym mieście różni ludzie stali zdumieni nad zepsutymi pompami i dziurami w płotach. Bibliotekarz przygryzał koniec rury i w skupieniu przyglądał się zebranemu stosowi.

Obiekt miał dwa koła zdjęte z niedużego wózka, ustawione jedno za drugim, a między nimi siodełko. Z przodu bibliotekarz umieścił rurę wygiętą w skomplikowany podwójny łuk, żeby osoba siedząca na siodełku mogła ją wygodnie chwycić.
Resztę tworzyły śmieci: kości, gałęzie, świecidełka. Nad przednim kołem tkwiła przywiązana końska czaszka, a zewsząd zwisały pióra i paciorki.

A dlaczego ten niby motocykl jest dosiadany przez Śmierć? To już dłuższa historia. Najlepiej samemu przeczytać. :P

Grupa z Wykrokiem

Grupa z Wykrokiem

Kolejna praca  ze Świata Dysku. Konkretnie chodzi tu o książkę Muzyka Duszy. W sumie nic wielkiego, ale nie mogło tych postaci zabraknąć w mojej kolekcji.
Największym problemem okazało się zbudowanie trolla Klifa. Wyszedł pewnie trochę za wielki, ale trudno zbudować z klocków twarz, która będzie miała jako taki wyraz i będzie węższa niż 2 study. Ale za to troll jest dosyć “pozowalny” (od pasa w górę); można obracać tułowiem i głową w prawo i w lewo, przekrzywiać głowę i ruszać rękami i dłońmi w dowolny sposób.
Ten MOC jest dowodem na to, że po zbudowaniu warto, żeby praca się “odstała”. Najlepiej kilka dni. W tym przypadku “odstanie” trwało ponad tydzień. Najpierw doszedłem do wniosku, że dłonie trolla są za małe, bo były to tyko takie klocki z kulką i klipem. Potem zmieniłem róg krasnoluda Buoga Buogssona, bo wydał mi się mieć w sobie za mało “rogowatości”. A na końcu, kiedy już miałem zrobione zdjęcia, to doczytałem się, że Buddy (ten z gitarą) powinien mieć włosy kędzierzawe. A miał długie z pomarańczową opaską (od hipisa z 7 serii). Te, które wybrałem w zamian nie są może jakoś bardzo kędzierzawe, ale na pewno kojarzą się z muzyką.

Księga XI

Księga XI

Ten MOC mógł powstać dawno temu. Bo już z pięć lat temu powstały figurki Tytusa, Romka i A’Tomka. Nie bardzo miałem pomysł na nich, a może po prostu za dużo innych pomysłów. Fakt, że figurki poniewierały się na różnych wystawach. Stały koło Żurawia na wystawie w Gdańsku, na przystanku PKS-u w Klockach Zdroju na wystawie w Krakowie. Potem dorobiłem im byle jaką podstawkę i stały jako samodzielny eksponat. Impulsem do tego MOC-a były dopiero ludziki i prasolot zbudowany przez Pita. Oczywiście nie zadowoliłem się zbudowaniem samego prasolotu; musiało też powstać podłoże.

Pomniejsze Bóstwa

Pomniejsze Bóstwa

No i znów coś ze Świata Dysku. Dla tych co nie wiedzą – “Pomniejsze Bóstwa” to tytuł książki Pratchetta.
W moim MOC-u pokazałem chwilę, w której Brutha (omniański mnich) spotyka Wielkiego Boga Oma. Sęk w tym, że Wielki Bóg Om, który zazwyczaj manifestował się pod postacią wielkiego byka, tym razem mógł sobie pozwolić jedynie na małego żółwika, gdyż pozostał mu jedyny wierny, właśnie owy Brutha. Nie będę się rozpisywał jaka tu jest zależność między ilością wiernych a potęgą boga. Tu najlepiej byłoby przeczytać książkę.
Jak pewnie zauważyliście postać Bruthy nie jest minifigiem. Z minifiga ma jedynie głowę i kaptur. Dlaczego tak? Ano dlatego, że Brutha miał “nogi jak beczki” i “dłonie jak bochny”. Dlatego musiałem zrobić go ciut większego.