Jerac

X-Wing jest, jaki każdy widzi

X-Wing jest, jaki każdy widzi

Po tym jak zbudowałem dla BrickVault całą klasyczną czwórkę TIE – Fighter, Interceptor, Advanced i Bomber, X-Wing był tylko kwestią czasu. Odkładałem go na później głównie dlatego że to dość nudny statek i prosty, w końcu zrobiło go tyle osób, w tym wiele świetnie – dmac z polskiej sceny afolskiej na ten przykład, i Inthert z tej nieco mniej polskiej. Zabierałem się za niego z niechęcią, bo o ile co do “taja” miałem jakiś tam pomysł i lubię ten statek, to X-Winga zacząłem robić nieco bardziej z przymusu niż dlatego że chciałem.

Dobrze że ten przymus się pojawił, bo mogę wszem i wobec ogłosić że X-Wing pod względem złożoności konstrukcji i wyzwań dla budowniczego LEGO zajmuje dumne pierwsze miejsce. Poważnie. Jak ktoś uważa że zbudował już wszystko i nic go nie zaskoczy, proponuję zbudować dobrego X-Winga.

Pozwólcie że pominę fabularny opis tego myśliwca. X-Wing jest jak definicja konia w jednej z pierwszych encyklopedii: Taki, jak każdy widzi.

Zamiast tego przejdźmy przez czteromiesięczny proces budowania go. Zaczęło się niewinnie:

Panowie z BrickVault koniecznie chcieli przeszklony kokpit a nie z flexów, bo wszystkie inne rzeczy też mają z przeszklonym i wygląda to dobrze. Ja upierałem się na kokpit z flexów, bo nie ma właściwej szybki. Nie wiem jak to jest, ale w LEGO chyba uparli się żeby nie wypuścić właściwego elementu. Najpierw zrobili, w 1998, szybkę która ma właściwą szerokość z przodu, ale niewłaściwą na górze. Teraz w 2015 czy tam 16tym wypuścili taką która na górze jest jak trzeba, ale za to z przodu za wąska. No i jest to pierwszy punkt gdzie się oryginalny X-Wing z klockowym rozjedzie: nochal musi się rozszerzać, a w oryginalnym się nie rozszerza. Co zrobić? Zrobiłem więc jak umiałem, przy okazji starając się aby było gładko. Wszyscy wcześniej albo mają na nosach swoich X-Wingów study albo zębate krawędzie z kafli, fuj.

Z klocków też wyszło spoko. W ogóle, wiecie jaki w przekroju powinien być nos X-Winga? O taki:

Nie prostokątny, nie sześciokątny, nie owalny ani nie normalny w żaden sposób, tylko o taki. Na górze zaokrąglony, po bokach ciut powinno wystawać, a dół gładki być też nie może, no bo przecież. Komuś w ILM (studio produkujące modele) się zdrowo popłynęło. Nic to, udało się to zrobić, przynajmniej jako tako, idę więc dalej.

Tylko ten nieszczęsny czubek… z przodu powinien być szeroki na 1, z tyłu na 2, na środku mieć wgłębienie, do tego pochylony. No nie ma takiego klocka żeby to zrobić jak trzeba.

Teraz ten cały bałagan ze szkicu wyżej musi przejść w miarę regularny heksagon, i ze zwężającego ma się stać równoległy, a na tym wszystkim trzeba osadzić nijak niepasującą szybkę. Spoko.

 

Zacząłem prototypować mechanizm otwierania skrzydeł. To jest w ogóle ciekawe, bo lewe dolne skrzydło jest połączone na sztywno z prawym górnym i druga para tak samo. Mamy więc ten heksagon który i tak się ledwo trzyma przez cały SNOT w środku, a teraz trzeba do tego włożyć skrzynkę przekładniową żeby dało się skrzydła otwierać i zamykać. Ten konkretny mechanizm nie działał jak należy – zacinał się, i w skrajnej pozycji wysadzał dolne fragmenty obudowy kadłuba.

Tu widać alpejskie kombinacje z pokryciem kadłuba od spodu, z zachowaniem tylu kątów ile się dało, wyrzutniami torped, kółkiem do sterowania skrzydłami i Bóg jeden wie czym jeszcze. Kółko jest od spodu, bo pomysł był taki aby z podstawki wychodziła ośka która wchodziłaby do skrzynki przekładniowej i można by sterować skrzydłami z podstawki. Później napiszę jak to wyszło, na tym etapie mogę tylko powiedzieć że to było oczywiste, że to zadziała, no bo dlaczego nie? Skoro da się kręcić kółkiem i działa, no to zadziała i przez ośkę, prawda?

Nawet jakoś to wygląda. niby się za często od spodu modelu nie ogląda, ale nie lubię jak od spodu jest brzydko. Tym bardziej ze jest w planach wysuwane podwozie.

 

Tu walczyłem z profilem nosa. Jak nie za mały kąt między szybą kokpitu a nosem, to za duży, albo znowu ten czubek wygląda jak u sępa… tak źle tak nie dobrze.  Na tym dolnym zdjęciu jest najlepiej jak potrafiłem, i myślę że na tej “budzie” lepiej nie będzie. Tak też zostało do wersji końcowej, nie licząc jakiś tam minimalnych poprawek.

 

Tylne nóżki! Pokrywy nie są zbyt piękne, ale dają radę, a całość nie psuje zanadto mechanizmu skrzydeł. Tu się udało od razu i nie wracałem do tego później.

Miałem dość zacinającego się mechanizmu skrzydeł i zrobiłem nowy. W czasach kiedy istnieje przynajmniej sto udanych, fanowskich X-Wingów z LEGO, z czego połowa wykorzystuje mechanizm Intherta, trudno było wymyślić coś nowego. Inthertowy mechanizm średnio mi leżał bo skrzydła się słabo na nim trzymają, choć sam mechanizm działa dobrze. Zrobiłem więc, po paru tygodniach kombinowania, taki wynalazek jak powyżej, i jak mało z czego, jestem z niego dumny. Działa, jest zmontowany bokiem, a więc solidnie, mieści się cały w 6 studach długości – o 2 mniej niż u Intherta, i nie wykorzystuję jakiś szczególnie rzadkich elementów.

  

No i tu zaczęły się schody. X-Wing jest, gdzieniegdzie łaciaty bo czekałem na klocki, ale nie wyglądał właściwie. To jest paskudny objaw, bo nie znałem przyczyny, ale wiedziałem że coś jest nie tak…

Aha!

Tył kokpitu się zupełnie inaczej zwęża ku górze:

…no to działamy.

Od teraz nos trzyma się od góry tylko na kaflach wetkniętych w tzw. “clipy”. Szaleństwo… ale wiecie, że to działa całkiem nieźle?

Przy okazji zrobiłem podstawkę, i okazało się że tak jak kółkiem kręcić można i skrzydła otwierają się, to przez podstawkę ukręcić można co najwyżej ośkę. Klockowe osie są zbyt giętkie, dlatego że mechanizm skrzydeł musi mieć duży opór, aby skrzydła nie obracały się same z siebie. I o ile palcem kręcąc kółkiem nie ma problemu, tak przez długą ośkę już dobrze nie jest. Odpuściłem więc kręceniu przez podstawkę, obróciłem skrzynkę przekładniową, wyprowadziłem sterowanie do góry i… musiałem wszystko od spodu przerobić, bo niby mała zmiana, a pociągnęła za sobą masę zmian.

 

I cacy! Teraz dopiero dla mnie wygląda to jak X-Wing. Coś co miało być prostym nudnym x-wingiem okazało się chyba najfajniejszym wyzwaniem budowniczym jakie miałem od lat. Przerośnięty star destroyer? Wielki, ale w gruncie rzeczy prosty; główne wyzwanie było inżynieryjne, aby trzymał się kupy. Dwugłowy aniołek z Castlevanii? Jak zwykle problem z cyckami, ale poza tym proste. Cywilne latadełka? Okej, jedno z nich sprawiło mi co najmniej tyle samo problemów z ogólną bryłą co X-Wing, ale nie ma rozkładanych skrzydeł czy wzajemnie wykluczających się – w klockach – założeń.

Pozostała robota to wykończeniówka: tył, wnętrze kokpitu, przygotowania pod instrukcje no i warianty kolorystyczne. Takie tam. Od tego momentu zaczęła się nudniejsza część roboty czyli mapowanie pod instrukcje.

 

Ostatecznie stanęło na trzech wariantach kolorystycznych:

…i moim własnym, będącym czymś pomiędzy czystym białym wariantem, a zużytym wariantem z bitwy o Yavin.

Szanujcie poczciwego X-Winga. To jedno z najciekawszych wyzwań do zbudowania z LEGO jakie istnieją.

 

Małe, brzydkie Ferrari z lat osiemdziesiątych

Małe, brzydkie Ferrari z lat osiemdziesiątych

To jest Ferrari 312T4. Samochód Formuły 1 z lat osiemdziesiątych. Jest pokraczny, brzydki, nie ma prześwitu, ma żałosne malutkie skrzydełka i nikogo to nie obchodziło, bo był przy okazji niesamowicie szybki i świetnie się prowadził. Trudno żeby tak nie było, skoro dosłownie przysysał się do asfaltu.

Widzicie, to jest samochód z ery kiedy wszyscy stosowali tak zwany “ground effect”, jakkolwiek go przetłumaczyć po polsku. W skrócie auto działa jak odwrotny poduszkowiec: zasysa powietrze z przodu, z tyłu wyrzuca więcej niż z przodu zassało, boczne fartuchy w czasie jazdy dotykają asfaltu i uszczelniają całość tak że pod samochodem powstaje bardzo silne podciśnienie które z wielką mocą wgniata samochód w asfalt. Z czasem zabroniono stosowania tego rozwiązania, bo gdy taki samochód najedzie na krawężnik, dziurę albo z powodu kolizji podskoczy, rozszczelnia się i cały ten efekt zasysania gwałtownie przestaje działać – a auto przestaje skręcać. Jadąc trzysta kilometrów na godzinę niemożność skręcania jest stosunkowo niezdrowa, o czym niestety przekonało się wielu kierowców.

Dlaczego go zbudowałem? Przez cały rok pracowicie budowałem przeróżne latadła ze świata Star Wars za którymi raczej nie przepadacie, więc ich nie wrzucałem – aż w końcu kupiłem sobie kilka zestawów Speed Champions na Święta, w tym Ferrari Garage i zastałem tam mały, sympatyczny modelik przedstawiający w zamierzeniu Ferrari 312T4. To właśnie jest problem tego autka: ono w rzeczywistości nie jest sympatyczne. Jest, jak napisałem brzydkie, nieproporcjonalne, a jeszcze Ferrari zrobiło mu ten dziwaczny, wystający spod karoserii nos, niczym nochal czerwonego giganta z wielgachnym szarym kwadratowym wąsem. A panowie z LEGO zrobili go ładnego.

To się nie godzi!

Zrobiłem więc po swojemu.

Technicznie autko jak autko. Nie trzyma się na flexach, ani rączkach ani na zagęszczonym powietrzu, nielegalne jest chyba tylko dziesięć połączeń, a z bawialności można go aż podnieść i postawić i dalej stoi. Kółka się nie kręcą, a z minifiga wszedł tylko łebek i kask.

Aha, w ramach ciekawostki.. spróbujcie wetknąć to:
w to:   tak, aby przeszło na drugą stronę. Miłej zabawy!

Sienar Fleet Systems TIE/sa bomber

Sienar Fleet Systems TIE/sa bomber

Niefanów Gwiezdnych Wojen przepraszam, możecie już odpuścić ten wątek ;)

Fanów za to zapraszam do ciągu dalszego modeli produktów firmy Sienar Fleet Systems czyli producenta naszego ulubionego kosmicznego złomu – statków typu TIE… “TIE” Bomber co prawda ma podwójne kadłuby ale silniki akurat nie, więc “TIE” nie pasuje. Powinno być “QIE”. Mniejsza z tym.

Choć w planach mam zbudowanie wszystkich istotnych “tajów” – i dajcie proszę znać jak będziecie mieli dość, to przestanę je wrzucać – od początku wyczekiwałem najbardziej właśnie bombowca. Uwielbiam asymetryczne statki kosmiczne, a w uporządkowanym, estetycznym świecie Gwiezdnych Wojen nie ma dla takich dziwolągów miejsca, poza pojedynczymi rodzynkami – i takim rodzynkiem jest właśnie ten statek. Druga zaleta to cudowna wprost utylitarność. Od początku widać że statek zaprojektowany jest do ciężkiej roboty a nie do konkursu piękności. Dwa cylindryczne kadłuby, dwa panele z radiatorami, wszystko połączone jednym grubym wspornikiem. Z tyłu klasyczne silniki, z przodu z jednej strony kokpit – również standardowy, z drugiej wyrzutnia rakiet i luk bombowy. Nowa republika narobiła się jak głupia żeby zaprojektować B-Winga z tym jego cudacznym żyroskopowym kokpitem, aerodynamicznym kształtem i ceną przyprawiającą Mon Mothmę o czkawkę, podczas gdy Imperium najpierw dołożyło bagażnik do zwykłego T/Fa a jak tego było mało, zrobili odmianę z dwoma kadłubami – i wsio.

Modelik sam z siebie okazuje się być strasznie… cegłowaty. Choć jest niemal tak samo szeroki i długi jak interceptor, waży drugie tyle, i naprawdę czuć to w ręce. Drugie tyle ma też klocków – półtora tysiaka. Z czego ponad dwieście to same płytki 1×1 i 1×2. Tak wyszło, choć ludzie na YT marudzą że drogo… :D
Przejdźmy do rzeczy.





I na koniec taki schemacik… miało być w instrukcji ale do niczego nie pasowało.

Jeszcze tylko dwa i obiecuję że z “tajami” dam spokój na chwilę!

TIE Fighter (znowu) i TIE Interceptor (tego akurat nie było)

TIE Fighter (znowu) i TIE Interceptor (tego akurat nie było)

Powolutku wracam do dłubania w klockach, a nad czym lepiej dłubać niż nad klasycznymi kosmicznymi latadłami?

Fajne?

W sumie historia tych dwóch “tajów” jest wyjątkowo mało interesująca, poleciałem na kasę i tyle. Koleś prowadzący kanał BrickVault poprosił mnie żebym mu zbudował na bazie mojego starego TIE Fightera z 2014 roku kilka innych statków z serii TIE. Zacząłem dłubać, potem odkryłem że klockowa technologia poszła do przodu i dostępne są nowe części – w tym te fajne 6-studowe szybki na przód i tak od klocka do klocka doszedłem do tych poprawionych wersji. “Poprawionych” bo po staremu to zostało dokładnie 8 klocków, tych “kulistych” narożników. Cała reszta musiała być zrobiona od nowa. Plus jest taki: wchodzi minifig, minus jest taki: tylko jak się go w odpowiednim momencie budowy tam wsadzi, bo po bożemu od góry się nie da. Całość jest – jak na mnie – dość solidna, można latać po pokoju, można upuścić na łóżko, i można użyć jako podstawki na michę z owocami:

Interceptor jest nieco bardziej odporny ale ze względu na pogięte boczne panele stracił funkcję podstawki pod miskę. Poza tym jest źle wyważony i nie chce stać prosto, stąd te tycie nóżki na dole. Można się ich pozbyć i dorobić mu podstawkę, ale podstawki są fe.

Budując te dwa graciki naszło mnie smutne stwierdzenie, jak daleko LEGO jest od dokładności “prawdziwego” modelarstwa i jak zupełnie niemożliwe jest oddanie nawet nie tyle szczególików co kształtów oryginału. Coraz bardziej rozważam zaopatrzenie się w drukarkę 3D i drukowanie modeli wyrzeźbionych uprzednio w CADzie czy czymś.

Mimo to gęba mi się śmieje jak widzę taką klockową podróbkę a jeszcze bardziej jak wiem, że udała mi się lepiej niż poprzednia, a o to przecież chodzi.




 

—–

W sumie nie wiem czy to już nowy MOC czy jeszcze nie… dokleję się po prostu tutaj.


Zrobiłem te czarne.


Wcale nie są identyczne. Myślałem że wystarczy zamienić kolory ale nie, ten na przykład ma o ponad 150 klocków więcej. Ci durnie uparli się żeby do środka wsadzić dwóch pilotów, tak jakby jednemu nie było dość ciasno…


…a w ogóle to jak się okazuje, w TheForceAwakens, są dwa nowe czarne taje. Z czerwonym paskiem a’la hotrod i zwykły czarny. No ale że zwykły czarny byłby nudny to trzeba było coś zmienić, nie?


…i zmienili. Zamienili całkiem sensowne umieszczenie silników – po bokach kuli, tam gdzie jest łączenie z pylonami – na takie jak tu. Nie ma to jak mieć silnik w dupie i zaraz za kaskiem. No ale tak mają to tak zrobiłem…


Do tego nowe są szersze, mają dziury w pylonach, antenkę, inne działka i robią “puł puł” jak strzelają zamiast “pziu pziu”.

 

Olivia

Olivia

Czy Wy też tak macie czasami, że widzicie jakiś klocek i natychmiast wiecie do czego może zostać użyty? Albo wręcz, że to jest klocek który stworzy jakaś pracę od początku do końca, a wszystkie pozostałe posłużą tylko do doszlifowania oryginalnej idei?

Miałem tak z elementami balonu z serii Friends. Zobaczyłem je i było wiadomo co z nich zbuduję. Żeby było śmieszniej, to jest jedna z dwóch takich super-oczywistych rzeczy, druga sobie powoli powstaje i znając mnie będzie gotowa w styczniu… 2017 roku.

Jako że ta praca powstała “sama z siebie” nie mam do niej żadnego opisu. Poza może pewną ciekawostką – sprzeczaliśmy się z Longerem który wariant kolorystyczny jest lepszy i ostatecznie stanęło na tym że będą oba. Longer też stoi za nazwą (imieniem?) całości ;)



Tak więc taką zupełnie nieświąteczną pracą chciałbym powiedzieć… Wesołych Świąt i Do Klocków Marsz!

Holownik Clobbergoot

Holownik Clobbergoot

Ostatnie “autko” z serii, a przynajmniej ostatnie ukończone.

Tym razem jest to ciężarówka z osprzętem do holowania. Idea jest taka że holownik dolatuje do miejsca podjęcia zlecenia w formie złożonej, a następnie rozkłada się do pozycji transportowej, rozstawia nad uszkodzonym pojazdem i poduszkami magnetycznymi przyciąga go i unieruchamia do transportu. Tyle opisu, a teraz popatrzmy…



Kabina jest utrzymana w stylu retro, ale poza tym estetyka, aerodynamika i inne takie parametry nie były najistotniejszym parametrem. Jest to w zamierzeniu pojazd użytkowy, a wszystkie detale mają spełniać jakąś funkcję. Powyżej holownik w wersji złożonej – łatwiej się nim wtedy manewruje i zajmuje mniej miejsca po wylądowaniu.


Tak natomiast wygląda rozłożony. “Kręgosłup” się prostuje, nogi rozwijają na boki, a wysięgniki z poduszkami magnetycznymi opuszczają do pozycji roboczej. Uszkodzony pojazd wystarczy przyciągnąć i można lecieć.
I mieć nadzieję że w przyszłości awarie zasilania nie zdarzają się zbyt często :D

W ogóle chciałem zbudować ich kilka, każdy z taką samą kabiną ale innymi zabudowami, ale bardzo szybko okazało się że ta kluczowa nieprzezroczysta okrągła “szybka” z przodu występuje tylko w kilku kolorach które – niestety – zajęte są przez inne pojazdy. Chociaż jeszcze takiego klasycznego białego, brudnego dostawczaka chyba zmontuję.

Epsilon Dynamics AERIS

Epsilon Dynamics AERIS

No dobra, żółty ‘nie chwycił’.

A ten?

Jest chyba nieco mniej nudny, bo jak często widuje się czteroosobowe rodzinne samochody na forum? Nawet kosmiczne? :D




W odróżnieniu od poprzedniego tutaj żadnej długiej, ckliwej itp historii powstawania nie ma. De facto pomysł co zrobić z szybką plus jeden wieczorek i gotowe.

Athame, czyli jak budować w tempie jednego klocka na dzień

Athame, czyli jak budować w tempie jednego klocka na dzień

W zeszłym roku zbudowałem star destroyera który kompletnie zniszczył moją chęć do budowania. Pewnie, efekt był monumentalny a sam model stał się nawet znany w świecie i zapoczątkował trend budowy SHIPów w sposób właściwy, czyli studami w stronę dowolną inną niż w stronę widza. Mimo to, klocków nie chciałem dotykać i efekt jest taki że nawet dzisiaj mam jeszcze karton nie posortowanych klocków z zeszłego roku.

Powiedziałem sobie więc że w tym roku będę budował tylko drobiazgi, i nic co wymaga zakupów żeby chociaż zacząć. Dokupienie paru klocków albo “odświeżenie magazynu” jest ok, ale poleganie w 100% na bricklinku – nie.

Powstało sobie kilka fajnych rzeczy: cacodemon, żółty samochodzik auriga, bardzo płaski myśliwiec i zaczątek malucha. A potem mnie naszło na to że skoro już mam tych samochodów z logiem Epsilon Dynamics kilka, to mogę zrobić jeszcze jeden o stworzyć swego rodzaju miniserię. Poza tym to fajny przerwynik bo takie autka powstają parę wieczorów i przechodzi się do następnego.

Z tym jednak było… inaczej.
Zapraszam do przeczytania historyjki, jak to jeden mały modelik narobił mi tyle kłopotów że zajął kilka miesięcy.

Czy było warto?
Nie. Z reguły takie projekty porzucam. Przy tym jednak, ze względu na to że traktowałem to w stu procentach jako odstresowywacza i nie było żadnej presji że zaraz wystawa czy coś jak to, dłubałem sobie co wieczór dokumentując od czasu do czasu postępy. Poza tym zdjęcia pozwalają spojrzeć na model w inny sposób niż normalnie, co też sporo pomaga.



A czy Wy macie takie niepozorne drobiazgi nad którymi dłubiecie całymi miesiącami?

Wh40k Dreadnought

Wh40k Dreadnought

Edycja czwarta!

Tak jak mechy ogólnie niespecjalnie mnie “kręcą” tak jest jeden którego wygląd bardzo mi się podoba: klasyczny “drednot” ze świata Warhammera 40000. Wielki, ciężki, masywny, zwrotny jak hipopotam, o estetyce pudła na dwóch nogach. Ociekająca mocą machina wojenna, prowadzona przez żołnierza utrzymywanego sztucznie przy życiu przez specjalnie skonstruowany sarkofag. Drednoty pozwalają więc na wykorzystanie doświadczenia i umiejętności poległego wojownika, udostępniając cały wachlarz nowych możliwości.

W teorii, bo w praktyce, w grze z której pochodzą drednoty są delikatne, powolne, drogie i akurat wystarczająco drażniące dla przeciwnika aby chciał się ich pozbyć już w pierwszej turze.

Mimo to, uwielbiam je. Tak bardzo, że choć mam już drednota który mi się podoba na tyle że nie planowałem poprawek, jako że ciągle jeździ na wystawach i nie mam go w domu, zbudowałem następnego. To co pierwotnie miało być tylko kopią 1:1 okazało się zbudowaniem modelu kompletnie od zera, z wykorzystaniem nowych klocków, nowych technik, oraz przy zachowaniu możliwie solidnej i prostej w budowie konstrukcji. Dodatkowo, do drednota powstał cały pakiet zamiennych modułów uzbrojenia które przełącza się bardzo łatwo, a także podstawka na której się ładnie prezentuje.

 

Najbardziej klasyczna odmiana jaka występuje, z “minigunem” i tzw. Power Fistem. Łapa poza tym że po prostu nadaje się do tłuczenia i łapania, działa podobnie jak młoty pneumatyczne – w momencie uderzenia miniaturowa eksplozja wewnątrz powoduje przekazanie dużo większej siły niż to by wynikało z samej masy i prędkości “pięści”.

 

Wersja zbliżona do poprzedniej, z tą różnicą że zamiast miniguna ma działo plazmowe. W świecie 40k to  urządzenie strzela kulą plazmy rozgrzanej do temperatury setek tysięcy stopni, która po trafieniu w cokolwiek wybucha ze znaczną siłą. W grze trzeba za to położyć na “planszy” przezroczysty znacznik eksplozji, rzucić kością, zakląć szpetnie i zapytać się dlaczego broń znowu się przegrzała i wybuchła drednotowi w twarz.

 

Na wypadek gdyby Korpus Artylerii zastrajkował.

 

Podwójny laser (wszystko w wh40k jest podwójne) i wyrzutnia rakiet. Dziwny to świat w którym przerośnięte latarki przebijają się przez najtwardsze pancerze i mają zasięg taki, że aż miarki brakuje, ale tak po prostu jest i tyle. Jeśli jest gdzieś czołg który wciąż jeździ mimo oberwania wszystkim czym w tej walce dało się oberwać, drednot typu “Hellfire” sobie z tym poradzi. Oczywiście to również znaczy że taki drednot jest pierwszym celem dla tego czołgu (i wszystkiego innego), a sam z siebie jest kruchy jak krakersik.

 

Strzrelanie jest przereklamowane. W MORDĘ MU! Do kompletu dołączone dwa miotacze ognia, gdyby ork czy inny kultysta się za bardzo miotał i wymagał wstępnej pacyfikacji.

 

Wszystkie moduły uzbrojenia i moduły dodatkowe które można zamontować na drednocie – a przynajmniej wszystkie które zbudowałem bo w grze jest ich jezscze więcej. Co ciekawe granaty dymne są za dopłatą, podobnie jak szperacz. Nie ma nic darmo. Swoją drogą ciekawe czy dowódcy Marines ze świata wh40k muszą tłumaczyć czasem szeregowym że niestety nie mogą wziąć ich na akcję bo jest ciemno i trzeba drednotowi zamontować lampę, przez co przekraczają budżet…

 

Cała historia Jeracowych drednotów. Sądząc po tym że przyrost jest najwyraźniej potęgowy, to następna odmiana powstanie gdzieś koło 2040 roku albo coś koło tego. I będzie się różniła od poprzedniej o jeszcze mniej niż do tej pory.

 

 

LL-111 “Nóż”

LL-111 “Nóż”

Dawno nie budowałem klasycznych myśliwców kosmicznych. Najprostsze co może być. Jako że ostatnimi czasy pracuję w dzień na etacie i wieczorem przy pracy dodatkowej, czasu na budowanie nie ma (tym bardziej że obsługa Stowarzyszenia też potrafi dokopać po czasie). Ostatnio napotkałem jednak na tzw. “technikę Pomodoro”, czyli sposób organizacji pracy o który można sobie poczytać w wielu miejscach w internecie, a który ma ciekawą właściwość: wymaga regularnych przerw, i to takich, że TRZEBA odejść od tego co się robi. A co mam najbliżej komputera, ale nie komputer? Klocki…

I tak, przez wiele dni, w 5-minutowych sesjach powstawał Nóż. Chętkę na niego miałem od momentu ostatniego wysypu prac w temacie “Classic-Space”. Na początku projekt był ambitniejszy – za kokpitem miał być “bagażnik” z autkiem a sam statek był bardziej w stylu classic-space, z wystającymi silnikami, kabelkami itp itp. Nie chciało to jednak zagrać, wróciłem do smukłego skrzydła… i w zasadzie po dograniu paru szczegółów, tak zostawiłem.

Statek jest, jak widać, nieco płaski. Właściwie, płaski to mało powiedziane. Jest praktycznie dwuwymiarowy, ale nie przeszkodziło mi to w dodaniu lekkiego zagięcia, które co prawda pokopało do reszty wygląd od spodu, ale za to od góry jest całkiem fajnie. I płasko. Co ciekawe, pilot-minifig siedzi wyprostowany i nawet coś widzi. Do góry, bo do przodu to nie bardzo.

Nie jest to najciekawsza rzecz jaką zbudowałem, ale myślę że daje radę i przynajmniej wśród innych latadełek “nożyk” nie będzie straszył brzydotą ;)