Jerac

One wcale nie musza być szare – Imperium na czerwono!

One wcale nie musza być szare – Imperium na czerwono!

Parę lat temu zbudowałem dla brickvaultów TIE Fightera i TIE Interceptora, co dało początek dłuższej współpracy. Było też pretekstem do zbudowania paru MOCy których sam z własnej woli bym się nie podjął. Na przykład Razor Crest mi się pierwotnie zupełnie nie podobał i go zlałem. Ale marudzili tak długo że się poddałem i go zbudowałem, no i, warto było.

Te dwa pierwsze “taje” się z czasem dość brzydko zestarzały. Nie miałem zbyt dobrych źródeł, jednak biorąc ujęcia z filmów nigdy nie jest to zbyt dokładne, i też nie wszystko mogłem zrobić jak chciałem, bo a to jakieś klocki były za drogie, a to czegoś nie umiałem.

Trzy lata postępu jednak robią swoje, i dzięki temu udało mi się zrobić – w moim mniemaniu całkiem niezłe – poprawki do tych dwóch statków, i przy okazji zrobić dodatkowe warianty kolorystyczne.

TIE Fighter doczekał się wariantu z Inferno Squad:

…i klasycznej wersji:

A co do interceptora, to okazuje się że jego strażnicy paradujący w czerwonych płaszczach mieli również czerwone myśliwce, na dodatek nieźle stuningowane. Fajnie to wygląda i dlatego też takowe zrobiłem:

Oraz, oczywiście, klasyczny wariant

 

Bone Dragon

Bone Dragon

Pamiętacie HoMM? Heroes of Might and Magic?

W drugiej części pojawiła się frakcja Nekromantów, a w niej bodajże pierwszy kościany smok jakiego widziałem. Bardzo mi się spodobał ten pomysł i różne wersje takiego smoka budowałem sobie z klocków, ale umówmy się: żadna nie nadawała się do pokazania. I tak sobie mijał czas, aż mamy rok 2021 i w sumie to przecież od dawna mam wszystko co potrzeba żeby go zbudować. No i, mam też masę klocków ze świeżo rozsortowanej makiety warhammerowej, więc czemużby tego nie wykorzystać?

Pomysł był taki: Buduję smoka, i od razu swego rodzaju “generyczne tło do zdjęć”.

W stylu gotyckim, bo lubię. I trochę dlatego że ten styl się świetnie sprawdził przy piątej odsłonie HoMM.

Podświetlenie za pomocą lightmybricks.

Smok wraz ze swoją… no, budowlą, pojawił się juz na wystawie w Galerii Bemowo, i z pewnością pojedzie też na Targi Hobby. Do tego czasu może nieco tą konstrukcję dopracuję, bo tak jak jest teraz to ledwo się trzyma i jest koszmarem w transporcie.

Złote Study: dogrywka – lata 80te: Walkman!

Złote Study: dogrywka – lata 80te: Walkman!

Jak wiecie, w głosowaniu na Wybrańca Złotych Studów ja i Insomnia zajęliśmy ex aequo pierwsze miejsce. W ramach dogrywki mamy za zadanie zbudować w dwa tygodnie MOCa zgodnie z wybraną przez Was tematyką, którą były… lata osiemdziesiąte.

A co może symbolizować lata 80te bardziej niż klasyczny walkman?

Można otworzyć klapkę, włożyć kasetę, podłączyć słuchawki… i dzięki zastosowanym lightbrickom (Insomnia też ma, więc nie czituję!), puścić sobie muzykę. Co prawda powinna lecieć ze słuchawek a nie z samego walkmana, ale tak jest nieco bezpieczniej, te kabelki są bardzo bardzo delikatne.
W ramach ciekawostki, MOCyk powstał w sumie w jeden wieczór i tylko z klocków które miałem pod ręką. Dawno tak nie budowałem. Mam nadzieję że się podoba! :D


Razor Crest – WIP?

Razor crest jest jaki każdy kto ogląda Mandaloriana widzi: nieco brzydki, mocno zużyty i naprawiany w nieautoryzowanych serwisach albo za pomocą nieletniej siły roboczej. Lata, i tyle można po nim dobrego powiedzieć. Z pewnością bije wszelkie rekordy pod względem ciągłego demolowania w świecie Star Wars.

Budowanie go to nawet nie był mój pomysł. Jak pewnie większość z Was wie, współpracuję z brickvault.toys i robię modele oraz instrukcje które potem trafiają do sklepu. Cały czas mam jednak pełną kontrolę nad tym co robię, i stąd w tym roku trafił do nich Countach – moje małe marzenie z dzieciństwa, Slayer z Dooma i stareńki battlecruiser. Któregoś dnia poprosili mnie o to abym przejął projekt minifigowego razor cresta, bo już dwie osoby im się po drodze poddały.

…poddały? Na takim prostym kanciaku? Dajcie spokój… to było to co sprawiło że się tego podjąłem. Lubię wyzwania przy odwzorowywaniu rzeczy z lego.

To było w maju czy nawet w kwietniu, co od razu odpowiada na pytanie czy był prosty. Nie. Ani trochę. Pod względem porąbania konstrukcji sięga co najmniej poziomu x-winga. Nic w Razorze nie jest pod kątem prostym czy równoległe do czegokolwiek innego. Kadłub cały jest wyoblony, czego nawet nie próbowałem zrobić. Zwęża się do przodu, od góry w dół a skrzydła w ogóle są jakimś absurdem. Wszystko to jest tym bardziej problematyczne, że nie ma sensownych źródeł oryginału. Ja swojego budowałem w oparciu o zdjęcia z pierwszego sezonu i model 3d znaleziony na shapeways, który myślałem że jest dobry… potem wyszedł sezon 2 i filmik “jak zrobić razora” produkcji ILM i się okazało że nie, jednak nie jest dobry. Stąd też to zamieszanie z premierą i wipem – mieliśmy go z BV wydać tak jak jest teraz, i na dosłownie finalnych obrobionych zdjęciach zorientowałem się że skopałem całą górną płaszczyznę.

Dlatego też nie pojawił się na ZT do tej pory. Chciałem go po bożemu skończyć… ;)

Omówmy jednak to co jest.


Model waży 3.5 kilo, mierzy 70 studów długości i liczy 5 tysięcy klocków – tak z grubsza. Skalowany pod wymiar drzwi i szybki. BV się upierali że zmieści się w 50 studach… huehuehue… a potem przyszedłem ja z miarką i Sarielowym scalerem :D
Na powyższych zdjęciach zabrałem go na plażę – a wcześniej zabrałem plażę do siebie na balkon. Jeśli wydaje Wam się że szybka jest nieco zaparowana, to macie rację – to był ten jedyny dzień kiedy było -5 stopni w Warszawie. Miałem zrobić dużo bardziej ambitne podłoże, też z piaskiem w roli głównej, ale dajcie spokój cokolwiek robić palcami w takiej temperaturze. Ostatecznie “posadziłem” krzaczki, klapnąłem razora i wsio.



A normalnie wygląda tak. Nie licząc tego nieszczęsnego skrzywionego dachu, uważam że wyszedł całkiem nieźle. Dach z resztą poprawię i wrzucę tu potem zaktualizowane fotki.


Teraz tak… on miał być bawialny. Ma więc prawie wszystko to co miał oryginał. Otwierają się włazy z każdej strony, w środku jest miejsce na karbonitowe bloki, szafę z bronią i resztę złomu który wozi ze sobą łowca nagród. Jest też oświetlenie, i tu uwaga, te świecące klocki 2×3 jak dostajecie z bricklinka to trzeba koniecznie sprawdzić czy nie są wylane w środku. Na moje 4 które miałem, 2 były wylane.

Przednia sekcja nie jest odwzorowana, jest miejsce żeby położyć Mando albo wsadzić baby Yodę, ale to tyle. Rama główna w tym miejscu gdzie powinno być łóżko i kibel schodzi w dół pod kokpit, a ten statek ma pewien dodatkowy bajer na którym mi zależało:

https://photos.google.com/share/AF1QipP6ZbI-UJ09F5vPPMEbTkF1L9q2EZkMnegT8EbEC4fFMUba0WqZii3KR3Pcg_Waag/photo/AF1QipOPONHBr-6ATUGQnvs1n3uJr-Gy7C0HCNvY79DY?key=MmRXMFNjTFVIU3Rmekg3UTZqOUhvTEY1MzB3TUxB

Jest solidny. Ceną za to jest to jest dość ograniczony dostęp do wnętrza. Dorobiłem dodatkowe klapy po bokach i coś tam dają, ale tak sobie z tą bawialnością ostatecznie. Głównie jednak położyła ją nie konstrukcja a masa – Trzeba mieć dużo pary w rękach żeby go jedną ręką podnieść, jak więc chociażby wyciągnąć podwozie? Mam na to pewien pomysł i może uda się przy okazji przerabiania góry. Trzeba zrobić wysuwaną rączkę.

Z kokpitu za to jestem dumny. Mieści łatwo trzy figurki, jest kulka dla małego, wygląda nienajgorzej, a dzięki temu że oparcie przedniego fotela się składa, łatwo jest z tyłu kogoś posadzić. I w sumie śmiesznie wyszlo, bo “oparcia” tylnych foteli to tak naprawdę najbardziej wysunięta do przodu część ramy głównej, a to co jest szare, to jest wypełniacz zatykający dziury. Ot tak na odwrót :D

Razor jest dostępny brickvault.toys jako preorder i, uh, popsułem rynek tych szybek na bricklinku przez to. Mam w planach plan B który nie będzie aż tak ładny ale powinien wystarczyć do czasu kiedy rynek trochę się odbuduje.

Na koniec konkurs: spróbujmy przetłumaczyć nazwę “Razor Crest” na polski. Będzie grubo, bo nie mam zielonego pojęcia jak się za to zabrać.
Crest to zarówno “szczyt”, “zwieńczenie’ jak i “herb”, a “razor” to “brzytwa” i “ostry”. Ani jedno ani drugie nijak ma się do statku który ani nie jest ostry ani nie jest szczytem czegokolwiek…

Doom Slayer

Jestem fanem DooMa. Prawie że wszystkich gier z serii, począwszy od stareńkiego oryginału z 1993, aż po Eternala wydanego parę miesięcy temu. Zbudowałem już kiedyś Cacodemona i Spider Masterminda, zrobiłem nieopublikowanego impa, a teraz zabrałem się za bezimiennego głównego bohatera gry. Chociaż jak ktoś się nieco zna to wie że nazywa się Flynn Taggart.

Burzliwa historia Doom Slayera zaczęła się od niewinnej wycieczki na Marsa, gdzie to okazało się że komuś otworzył się portal prosto do Piekła (tak, tego prawdziwego z demonami i lawą i całą resztą), a jego mieszkańcy rozpełźli się po własności korporacji UAC i narobili bałaganu. Nasz bohater najpierw posprzątał bazę, potem poszedł do Piekła – z własnej woli – i zaprowadził tam porządki tak, że demony robią w gacie na samą myśl że mógłby wrócić. Potem historia powtórzyła się jeszcze kilka razy i skutek jest taki że w DooMie gramy postacią której boi się całe Piekło.

Sam MOC również miał burzliwą historię.
Najpierw powstał w sand green, dlatego że w doomie z 2016 taki właśnie był:


Poza tym zrobiłem parę zdjęć w samej grze i istotnie był taki ni to sand green ni to “standard green”. Potem okazało się że od czasów ostatniej wizyty w Piekle Pan Flynn zdecydował się przemalować pancerz na oliwkowo, a ja się nie zorientowałem bo owszem, porobiłem zdjęcia w grze, ale w jedynym miejscu gdzie oświetlenie jest niebieskie. Brawo ja.

No i efekt był taki że miałem już w Studio wymodelowany caluśki model, zrobione nawet kroki, a tu się okazuje że trzeba go przerobić na oliwkowo. Ci co znają temat parskną tylko pod nosem, a tym co nie znają powiem tylko tyle, że w oliwkowym mało co jest i paleta klocków zielonych skurczyła mi się z 50 typów do jakiś 15. Mimo wszystko jakoś się udało poskładać do kupy z powrotem wszystko i uważam że nawet fajnie wyszło – ocenę jednak pozostawiam Wam.

Autobus! Autobus! Autobus! W końcu przyjechał!

Autobus! Autobus! Autobus! W końcu przyjechał!

…kosmiczny, bo przecież jaki może być autobus budowany przeze mnie?

Buduję sobie te skomplikowane MOCe godzinami, dniami, czasem miesiącami, i z czasem staje się męczące co wieczór siadać do tego samego grata i toczyć godzinną walkę o każdy przyczepiony klocek. Jak mam dość potrzebna jest odtrutka, coś na szybko, czasem wznowienie starego pomysłu, a czasem po prostu daję się ponieść klockom. Tutaj inspiracją były dwa zestawiki “Benków” i te takie duże przezroczyste okrągłe szyby, które wyciągnąłem na wierzch z kartonu jak szukałem czegoś innego.

Dużo ludzików… wielkie szyby… no toć oczywiste, że to będzie autobus!

Nie lata, nie strzela, w sumie dałoby się go zbudować dzisiejszą technologią. Trochę baterii, pleksa na górę, aluminium na budę, poskładać do kupy u tego kto zrealizuje przetarg najtaniej – wsio, mamy autobus! Za kierowcę robi robot na środku, a z ruchomych elementów są koła (niektóre) i drzwi (jedyne). Miejsc siedzących jest 8, na upartego dałoby się upchnąć 11 albo i 12. Ale niech im tam będzie, to nie ryanair, mają odstęp między siedzeniami.

Pierwotnie szybki były białe, ale Servator podrzucił pomysł na zafarbowanie szybek kurkumą co się świetnie udało. Instrukcje co i jak w wątku obok: http://zbudujmy.to/forum/viewtopic.php?f=7&t=10697&p=181612#p181612

Lamborghini Countach 5000 Quattrovalvolve

Lamborghini Countach 5000 Quattrovalvolve

Pamiętacie?

To auto marzeń naszego dzieciństwa, no, przynajmniej tych którzy teraz mają co najmniej 30 lat. Młodsi jarali się już pewnie murcielago ;)

Jak dorosłem czar nieco prysł; auto jest ponoć głośne, śmierdzące benzyną w środku, niewygodne, wcale nie takie szybkie i tak bardzo niepraktyczne jak to tylko możliwe. Wciąż jednak wygląda nieziemsko, w zupełnie dosłownym tego słowa znaczeniu!
Długo nosiłem się z zamiarem zbudowania swojego. Zacznijmy najpierw od końca – oto – jest!


Auto jest obłędnie trudne do zbudowania. Z przodu chce naraz być płaskie, zwężać się w każdą stronę, mieć kąty i zaokrąglenia i te nieszczęsne nadkola. Ni to pełne kątów, ni to zaokrąglone. Do tego drzwi otwierają się w zły sposób, boczne okna mają jakiś cudaczny przedziałek a całość jest absurdalnie niska.


Pierwszy prototyp zacząłem od drzwi. Chciałem żeby się otwierały i żeby były całe; więc słupek musiał być częścią drzwi. Póki co spoko – jakoś idzie, a szybka z ferrari f40 nawet nieźle pasuje. Zaraz jednak zaczną się cuda!


To się wydaje być połową modelu, ale to jest prototyp poskładany z luźno stojących na biurku sekcji. Kopnięcie w to biurko spowodowałoby że wróciłby do stanu jak kupka klocków obok.
Zacząłem nadkola i to jest pierwszy z wariantów który mi się podobał, stąd zdjęcie. Miał niestety dwie wady: koło nie mieściło się dobrze – a przecież koła muszą się skręcać, no bo jakże by nie – i przed nadkolem była brzydka dziura.



Ten wariant był nawet niezły bo nie zostawiał szpar, ale źle wyglądał z tyłu, no i wciąż maska była zbyt “załamana” – to musi być prawie że jedna linia od zderzaka aż po dach. Nie miałem jednak sensownego pomysłu co z tym zrobić dalej.



Zrobiłem tył – i widać że się pogubiłem, bo nic tu proporcji nie trzyma, a przednie nadkole całkiem do przedniego nie pasuje. Ale może skoro tylne dało się serkami, to da się i przednie?


Oooo? I skos maski lepszy? Tylko teraz to nadkole ma zły kształt, alee….


Tada! To jest to. Lepiej nie umiem. Wydłużyłem też nieco tył, bo udało mi się w końcu znaleźć gdzie mi płytka długości uciekła.


Dalej w sumie jest już w miarę prosto. Znalazłem u rodziców mój stary metalowy model tego autka, i posłużył do dogrania szczegółów i porównywania czy to co robię ma sens. To jest w ogóle całkiem praktyczny sposób budowania, tylko model źródłowy trzeba mieć dobrej jakości. I polecam dobrą suwmiarkę i wygodny kalkulator!
Na tym etapie moje lambo, choć wygląda na całkiem kompletne, to wciąż ledwo trzymająca się wydmuszka bez nie tylko wnętrza, ale też jakiejkolwiek podtrzymującej struktury. W tym momencie byłem na tyle zadowolony z niego że mogłem zacząć budować go “na serio”, czyli już z podłogą, ramą i detalami wnętrza.


Tu w trakcie budowania na gotowo. Z “całego” modelu płynnie przeszedłem do stanu prawie zerowego. Na środku budowane auto, po prawej gotowe moduły i tył czekający na przekopiowanie. A tle po prawej dawca części. Sztuka wymaga poświęceń!



Wnętrze! Jestem z niego szczególnie zadowolony. Tu jeszcze częściowo na szaro, beżowych za dużo nie mam i brakło.


A tak się ten cały burdel z przodu trzyma. W docelowym modelu, ze względu na to że chciałem do niego instrukcję zrobić, jest nieco prościej – ale tylko nieco.

https://www.instagram.com/p/B8hO7VaJM8T/ <- film do obejrzenia.
Warto tutaj się zatrzymać i pogadać o mechanizmie skrętnych kół. Pomysł ukradłem z nowego batmobilu. Nazywa się to ponoć “wirtualna oś skrętna”, dla mnie znaczenie ma tyle że koło podczas skrętu nie przesuwa się do przodu czy do tyłu, przez co nadkole nie musi mieć tego charakterystycznego dla lego wydłużonego kształtu, aby koło się mieściło przy skręcie. Jako ciekawostkę dodam że mechanizm działa bez ani jednej zębatki!


Jest i silnik!


W tym momencie praktycznie wszystko było już na swoim miejscu, zostały tylko drobne prace wykończeniowe i dogranie szczegółów aby dało się je pokazać w instrukcji.
Otwiera się prawie wszystko to co w oryginale. Jedyne czego brakło to podnoszonych przednich świateł, ale na to po prostu nie było już miejsca. Zresztą, to było tak paskudne w oryginale że pominięcie tego detalu temu samochodowi z pewnością nie zaszkodziło.
Gotowe auto prezentuje się tak:





I na koniec ciekawostka…

One są – jak się okazuje – w praktycznie tej samej skali!

 

 

 

 

 

 

Rzymska Balista

Rzymska Balista

Ale głupi ci Rzymianie…

Zamiast robić wielki łuk po Bożemu, z, na przykład łuku – albo w ostateczności sprężyn albo gumek, to ci durnie wymyślili żeby zwinąć wielgachny pęk liny, wcisnąć w to drewniane łapy i nakręcać aż już się bardziej nie będzie dało.
No i wyszła im balista. Normalnie nie były takie wielkie, ale mniejsze nie chciało działać, więc przyjmijmy że jest to późnoimperialna Ciężka Balista Oblężnicza +1.

No właśnie, działanie. Otóż ona działa!

Każde ramię wetknięte jest w osiem skręconych linek ze studami, i to stąd bierze się większość energii. Uginająca się ośka to tylko efekt uboczny. Chciałem na płytkę zamienić, ale brązowe klocki kruszą się jak czekolada i pierwszy strzał z ramionami z płytek był zarazem ostatnim, a mi została po nim cała garść odłamków. Zostały więc ośki… Pewnie od razu zawuażycie że naciąga się nierówno. Prawda to, dopiero później zajarzyłem że te wielkie koła na górze oryginału to są własnie po to żeby regulować naciąg, żeby takiej sytuacji uniknąć. Poza wadą estetyczną sprawia to że strzał nadaje pociskowi ruch obrotowy i moja balista strzela śmigłami, no ale mówi się trudno. Nie od razu Rzym zbudowano!

PS – Dzięki Executor za pożyczenie ekipy do naciągania. Panowie świetnie się spisali!

Duochromatyczny Y-Wing

Duochromatyczny Y-Wing

W sumie, czemu by nie wrzucić.

Zrobiłem jakiś czas temu Y-Winga – zamknąłem nim projekt Star Wars dla BrickVault, a przynajmniej klasyczne statki.

Samego statku przestawiać nie trzeba. Hotrod świata SW, stary zużyty statek wciąż używany przez rebelię bo jest tani, łatwy do przeróbek i w sumie całkiem nieźle się trzyma jak na swoje lata. Stąd też taki niepoukładany wygląd, mechanicy mają dość zakładania bezużytecznych paneli po kolejnych przeróbkach i w efekcie statek z czasem zostaje “goły”. Zostawia się tylko opancerzenie kabiny, gdzie przy okazji ktoś genialnie wymyślił też upakować całe uzbrojenie. W końcu gdzie chcemy umieścić megatonowy laser jak nie prosto pod siedzeniem pilota? Do kompletu dajmy mu jeszcze drugi nad głową, a po bokach jest zbyt bezpiecznie, to tam będą torpedy – o!

Dlaczego “duochromatyczny”? No, bo jak ludzie budują y-winga, to się niezmiennie upierają żeby całe to okablowanie robić z jajecznicy od białego koloru przez szary, beżowy aż do głębokich brązów.
A Y-Wing w filmach jest taki:

Szary i już!

Są jakieś tam wariacje kolorów, ale one są minimalne.  Zrobiłem więc tak jak mi się zdawało lepiej – dałem bebechom dwa główne kolory, beżowy i szary. Ten beżowy w sumie może być brązowy; idealny byłby miedziany ale nie chciało mi się zamawiać flexów do rżnięcia. No i jako że miała być też instrukcja to użycie gotowych elementów było w sumie dość ważne. Czy to dobra decyzja – zadecydujcie sami. Mi się podoba, ale fakt faktem, jest to znacząco inne podejście i świetnie rozumiem że nie każdemu leży.

 

No a drugą rzecz którą zwauważyłem że ludzie pomijają, to zwężający się ku tyłowi kokpit. Uparłem się żeby to u mnie było po bożemu, a z kolei BrickVaulci uparli się żeby nie używać klocków bez szyby, więc nie mogłem użyć idealnego klocka na przód kokpitu:

No, “nie mogłem” to za dużo powiedziane. Jakby się nic nie udało to na tym by się skończyło.

Kombinowałem na różne sposoby, ostatecznie stanęło na niebieskawej szybce z nowego UCSa bo miała w sumie właściwą wielkość, i podobał mi się kolor.
Ogółem z całego statku najwięcej czasu zajęła ta biała sekcja z przodu, reszta była banalna. Tak jak łebek robiłem miesiąc albo i lepiej, tak reszta – nie licząc czekania na klocki – to było parę wieczorów. Miło się takie greeble układa ;)

Jako że nie byłem przekonany co do tych beżowych rurek, wymodelowałem wersję drugą:

Ten model w oryginale nazywał się “Red Jammer” i nigdy nie wziął udziału w żadnym filmie. Szkoda; podoba mi się ta kolorystyka.

Jestem całkiem zadowolony z wnętrza. Mieści się cały minifig, i nawet z hełmem!
I ma ten rozkładany komputerek.

Podwozie jest. Z przodu chowa się zaraz przed robotem, robota zresztą też można wyciągnąć – wychodzi dołem – a tylne golenie chowają się w silnikach.

Jedyne czego nie udało mi się zrobić to wyrzutnie torped, powinny być pod spodem mniej więcej na środku tych dużych skosów 3×10. One tak ładnie tam jednak pasowały że wolałem nie paskudzić sobie ogólnej bryły. W sumie mogłem znależć jakieś owalne naklejki, jak o tym myślę.

Kilka więcej zdjęć na flikrze: https://www.flickr.com/photos/jerac/

 

X-Wing jest, jaki każdy widzi

X-Wing jest, jaki każdy widzi

Po tym jak zbudowałem dla BrickVault całą klasyczną czwórkę TIE – Fighter, Interceptor, Advanced i Bomber, X-Wing był tylko kwestią czasu. Odkładałem go na później głównie dlatego że to dość nudny statek i prosty, w końcu zrobiło go tyle osób, w tym wiele świetnie – dmac z polskiej sceny afolskiej na ten przykład, i Inthert z tej nieco mniej polskiej. Zabierałem się za niego z niechęcią, bo o ile co do “taja” miałem jakiś tam pomysł i lubię ten statek, to X-Winga zacząłem robić nieco bardziej z przymusu niż dlatego że chciałem.

Dobrze że ten przymus się pojawił, bo mogę wszem i wobec ogłosić że X-Wing pod względem złożoności konstrukcji i wyzwań dla budowniczego LEGO zajmuje dumne pierwsze miejsce. Poważnie. Jak ktoś uważa że zbudował już wszystko i nic go nie zaskoczy, proponuję zbudować dobrego X-Winga.

Pozwólcie że pominę fabularny opis tego myśliwca. X-Wing jest jak definicja konia w jednej z pierwszych encyklopedii: Taki, jak każdy widzi.

Zamiast tego przejdźmy przez czteromiesięczny proces budowania go. Zaczęło się niewinnie:

Panowie z BrickVault koniecznie chcieli przeszklony kokpit a nie z flexów, bo wszystkie inne rzeczy też mają z przeszklonym i wygląda to dobrze. Ja upierałem się na kokpit z flexów, bo nie ma właściwej szybki. Nie wiem jak to jest, ale w LEGO chyba uparli się żeby nie wypuścić właściwego elementu. Najpierw zrobili, w 1998, szybkę która ma właściwą szerokość z przodu, ale niewłaściwą na górze. Teraz w 2015 czy tam 16tym wypuścili taką która na górze jest jak trzeba, ale za to z przodu za wąska. No i jest to pierwszy punkt gdzie się oryginalny X-Wing z klockowym rozjedzie: nochal musi się rozszerzać, a w oryginalnym się nie rozszerza. Co zrobić? Zrobiłem więc jak umiałem, przy okazji starając się aby było gładko. Wszyscy wcześniej albo mają na nosach swoich X-Wingów study albo zębate krawędzie z kafli, fuj.

Z klocków też wyszło spoko. W ogóle, wiecie jaki w przekroju powinien być nos X-Winga? O taki:

Nie prostokątny, nie sześciokątny, nie owalny ani nie normalny w żaden sposób, tylko o taki. Na górze zaokrąglony, po bokach ciut powinno wystawać, a dół gładki być też nie może, no bo przecież. Komuś w ILM (studio produkujące modele) się zdrowo popłynęło. Nic to, udało się to zrobić, przynajmniej jako tako, idę więc dalej.

Tylko ten nieszczęsny czubek… z przodu powinien być szeroki na 1, z tyłu na 2, na środku mieć wgłębienie, do tego pochylony. No nie ma takiego klocka żeby to zrobić jak trzeba.

Teraz ten cały bałagan ze szkicu wyżej musi przejść w miarę regularny heksagon, i ze zwężającego ma się stać równoległy, a na tym wszystkim trzeba osadzić nijak niepasującą szybkę. Spoko.

 

Zacząłem prototypować mechanizm otwierania skrzydeł. To jest w ogóle ciekawe, bo lewe dolne skrzydło jest połączone na sztywno z prawym górnym i druga para tak samo. Mamy więc ten heksagon który i tak się ledwo trzyma przez cały SNOT w środku, a teraz trzeba do tego włożyć skrzynkę przekładniową żeby dało się skrzydła otwierać i zamykać. Ten konkretny mechanizm nie działał jak należy – zacinał się, i w skrajnej pozycji wysadzał dolne fragmenty obudowy kadłuba.

Tu widać alpejskie kombinacje z pokryciem kadłuba od spodu, z zachowaniem tylu kątów ile się dało, wyrzutniami torped, kółkiem do sterowania skrzydłami i Bóg jeden wie czym jeszcze. Kółko jest od spodu, bo pomysł był taki aby z podstawki wychodziła ośka która wchodziłaby do skrzynki przekładniowej i można by sterować skrzydłami z podstawki. Później napiszę jak to wyszło, na tym etapie mogę tylko powiedzieć że to było oczywiste, że to zadziała, no bo dlaczego nie? Skoro da się kręcić kółkiem i działa, no to zadziała i przez ośkę, prawda?

Nawet jakoś to wygląda. niby się za często od spodu modelu nie ogląda, ale nie lubię jak od spodu jest brzydko. Tym bardziej ze jest w planach wysuwane podwozie.

 

Tu walczyłem z profilem nosa. Jak nie za mały kąt między szybą kokpitu a nosem, to za duży, albo znowu ten czubek wygląda jak u sępa… tak źle tak nie dobrze.  Na tym dolnym zdjęciu jest najlepiej jak potrafiłem, i myślę że na tej “budzie” lepiej nie będzie. Tak też zostało do wersji końcowej, nie licząc jakiś tam minimalnych poprawek.

 

Tylne nóżki! Pokrywy nie są zbyt piękne, ale dają radę, a całość nie psuje zanadto mechanizmu skrzydeł. Tu się udało od razu i nie wracałem do tego później.

Miałem dość zacinającego się mechanizmu skrzydeł i zrobiłem nowy. W czasach kiedy istnieje przynajmniej sto udanych, fanowskich X-Wingów z LEGO, z czego połowa wykorzystuje mechanizm Intherta, trudno było wymyślić coś nowego. Inthertowy mechanizm średnio mi leżał bo skrzydła się słabo na nim trzymają, choć sam mechanizm działa dobrze. Zrobiłem więc, po paru tygodniach kombinowania, taki wynalazek jak powyżej, i jak mało z czego, jestem z niego dumny. Działa, jest zmontowany bokiem, a więc solidnie, mieści się cały w 6 studach długości – o 2 mniej niż u Intherta, i nie wykorzystuję jakiś szczególnie rzadkich elementów.

  

No i tu zaczęły się schody. X-Wing jest, gdzieniegdzie łaciaty bo czekałem na klocki, ale nie wyglądał właściwie. To jest paskudny objaw, bo nie znałem przyczyny, ale wiedziałem że coś jest nie tak…

Aha!

Tył kokpitu się zupełnie inaczej zwęża ku górze:

…no to działamy.

Od teraz nos trzyma się od góry tylko na kaflach wetkniętych w tzw. “clipy”. Szaleństwo… ale wiecie, że to działa całkiem nieźle?

Przy okazji zrobiłem podstawkę, i okazało się że tak jak kółkiem kręcić można i skrzydła otwierają się, to przez podstawkę ukręcić można co najwyżej ośkę. Klockowe osie są zbyt giętkie, dlatego że mechanizm skrzydeł musi mieć duży opór, aby skrzydła nie obracały się same z siebie. I o ile palcem kręcąc kółkiem nie ma problemu, tak przez długą ośkę już dobrze nie jest. Odpuściłem więc kręceniu przez podstawkę, obróciłem skrzynkę przekładniową, wyprowadziłem sterowanie do góry i… musiałem wszystko od spodu przerobić, bo niby mała zmiana, a pociągnęła za sobą masę zmian.

 

I cacy! Teraz dopiero dla mnie wygląda to jak X-Wing. Coś co miało być prostym nudnym x-wingiem okazało się chyba najfajniejszym wyzwaniem budowniczym jakie miałem od lat. Przerośnięty star destroyer? Wielki, ale w gruncie rzeczy prosty; główne wyzwanie było inżynieryjne, aby trzymał się kupy. Dwugłowy aniołek z Castlevanii? Jak zwykle problem z cyckami, ale poza tym proste. Cywilne latadełka? Okej, jedno z nich sprawiło mi co najmniej tyle samo problemów z ogólną bryłą co X-Wing, ale nie ma rozkładanych skrzydeł czy wzajemnie wykluczających się – w klockach – założeń.

Pozostała robota to wykończeniówka: tył, wnętrze kokpitu, przygotowania pod instrukcje no i warianty kolorystyczne. Takie tam. Od tego momentu zaczęła się nudniejsza część roboty czyli mapowanie pod instrukcje.

 

Ostatecznie stanęło na trzech wariantach kolorystycznych:

…i moim własnym, będącym czymś pomiędzy czystym białym wariantem, a zużytym wariantem z bitwy o Yavin.

Szanujcie poczciwego X-Winga. To jedno z najciekawszych wyzwań do zbudowania z LEGO jakie istnieją.