Jerac

Sienar Fleet Systems TIE/sa bomber

Sienar Fleet Systems TIE/sa bomber

Niefanów Gwiezdnych Wojen przepraszam, możecie już odpuścić ten wątek ;)

Fanów za to zapraszam do ciągu dalszego modeli produktów firmy Sienar Fleet Systems czyli producenta naszego ulubionego kosmicznego złomu – statków typu TIE… “TIE” Bomber co prawda ma podwójne kadłuby ale silniki akurat nie, więc “TIE” nie pasuje. Powinno być “QIE”. Mniejsza z tym.

Choć w planach mam zbudowanie wszystkich istotnych “tajów” – i dajcie proszę znać jak będziecie mieli dość, to przestanę je wrzucać – od początku wyczekiwałem najbardziej właśnie bombowca. Uwielbiam asymetryczne statki kosmiczne, a w uporządkowanym, estetycznym świecie Gwiezdnych Wojen nie ma dla takich dziwolągów miejsca, poza pojedynczymi rodzynkami – i takim rodzynkiem jest właśnie ten statek. Druga zaleta to cudowna wprost utylitarność. Od początku widać że statek zaprojektowany jest do ciężkiej roboty a nie do konkursu piękności. Dwa cylindryczne kadłuby, dwa panele z radiatorami, wszystko połączone jednym grubym wspornikiem. Z tyłu klasyczne silniki, z przodu z jednej strony kokpit – również standardowy, z drugiej wyrzutnia rakiet i luk bombowy. Nowa republika narobiła się jak głupia żeby zaprojektować B-Winga z tym jego cudacznym żyroskopowym kokpitem, aerodynamicznym kształtem i ceną przyprawiającą Mon Mothmę o czkawkę, podczas gdy Imperium najpierw dołożyło bagażnik do zwykłego T/Fa a jak tego było mało, zrobili odmianę z dwoma kadłubami – i wsio.

Modelik sam z siebie okazuje się być strasznie… cegłowaty. Choć jest niemal tak samo szeroki i długi jak interceptor, waży drugie tyle, i naprawdę czuć to w ręce. Drugie tyle ma też klocków – półtora tysiaka. Z czego ponad dwieście to same płytki 1×1 i 1×2. Tak wyszło, choć ludzie na YT marudzą że drogo… :D
Przejdźmy do rzeczy.





I na koniec taki schemacik… miało być w instrukcji ale do niczego nie pasowało.

Jeszcze tylko dwa i obiecuję że z “tajami” dam spokój na chwilę!

TIE Fighter (znowu) i TIE Interceptor (tego akurat nie było)

TIE Fighter (znowu) i TIE Interceptor (tego akurat nie było)

Powolutku wracam do dłubania w klockach, a nad czym lepiej dłubać niż nad klasycznymi kosmicznymi latadłami?

Fajne?

W sumie historia tych dwóch “tajów” jest wyjątkowo mało interesująca, poleciałem na kasę i tyle. Koleś prowadzący kanał BrickVault poprosił mnie żebym mu zbudował na bazie mojego starego TIE Fightera z 2014 roku kilka innych statków z serii TIE. Zacząłem dłubać, potem odkryłem że klockowa technologia poszła do przodu i dostępne są nowe części – w tym te fajne 6-studowe szybki na przód i tak od klocka do klocka doszedłem do tych poprawionych wersji. “Poprawionych” bo po staremu to zostało dokładnie 8 klocków, tych “kulistych” narożników. Cała reszta musiała być zrobiona od nowa. Plus jest taki: wchodzi minifig, minus jest taki: tylko jak się go w odpowiednim momencie budowy tam wsadzi, bo po bożemu od góry się nie da. Całość jest – jak na mnie – dość solidna, można latać po pokoju, można upuścić na łóżko, i można użyć jako podstawki na michę z owocami:

Interceptor jest nieco bardziej odporny ale ze względu na pogięte boczne panele stracił funkcję podstawki pod miskę. Poza tym jest źle wyważony i nie chce stać prosto, stąd te tycie nóżki na dole. Można się ich pozbyć i dorobić mu podstawkę, ale podstawki są fe.

Budując te dwa graciki naszło mnie smutne stwierdzenie, jak daleko LEGO jest od dokładności “prawdziwego” modelarstwa i jak zupełnie niemożliwe jest oddanie nawet nie tyle szczególików co kształtów oryginału. Coraz bardziej rozważam zaopatrzenie się w drukarkę 3D i drukowanie modeli wyrzeźbionych uprzednio w CADzie czy czymś.

Mimo to gęba mi się śmieje jak widzę taką klockową podróbkę a jeszcze bardziej jak wiem, że udała mi się lepiej niż poprzednia, a o to przecież chodzi.




 

—–

W sumie nie wiem czy to już nowy MOC czy jeszcze nie… dokleję się po prostu tutaj.


Zrobiłem te czarne.


Wcale nie są identyczne. Myślałem że wystarczy zamienić kolory ale nie, ten na przykład ma o ponad 150 klocków więcej. Ci durnie uparli się żeby do środka wsadzić dwóch pilotów, tak jakby jednemu nie było dość ciasno…


…a w ogóle to jak się okazuje, w TheForceAwakens, są dwa nowe czarne taje. Z czerwonym paskiem a’la hotrod i zwykły czarny. No ale że zwykły czarny byłby nudny to trzeba było coś zmienić, nie?


…i zmienili. Zamienili całkiem sensowne umieszczenie silników – po bokach kuli, tam gdzie jest łączenie z pylonami – na takie jak tu. Nie ma to jak mieć silnik w dupie i zaraz za kaskiem. No ale tak mają to tak zrobiłem…


Do tego nowe są szersze, mają dziury w pylonach, antenkę, inne działka i robią “puł puł” jak strzelają zamiast “pziu pziu”.

 

Olivia

Olivia

Czy Wy też tak macie czasami, że widzicie jakiś klocek i natychmiast wiecie do czego może zostać użyty? Albo wręcz, że to jest klocek który stworzy jakaś pracę od początku do końca, a wszystkie pozostałe posłużą tylko do doszlifowania oryginalnej idei?

Miałem tak z elementami balonu z serii Friends. Zobaczyłem je i było wiadomo co z nich zbuduję. Żeby było śmieszniej, to jest jedna z dwóch takich super-oczywistych rzeczy, druga sobie powoli powstaje i znając mnie będzie gotowa w styczniu… 2017 roku.

Jako że ta praca powstała “sama z siebie” nie mam do niej żadnego opisu. Poza może pewną ciekawostką – sprzeczaliśmy się z Longerem który wariant kolorystyczny jest lepszy i ostatecznie stanęło na tym że będą oba. Longer też stoi za nazwą (imieniem?) całości ;)



Tak więc taką zupełnie nieświąteczną pracą chciałbym powiedzieć… Wesołych Świąt i Do Klocków Marsz!

Holownik Clobbergoot

Holownik Clobbergoot

Ostatnie “autko” z serii, a przynajmniej ostatnie ukończone.

Tym razem jest to ciężarówka z osprzętem do holowania. Idea jest taka że holownik dolatuje do miejsca podjęcia zlecenia w formie złożonej, a następnie rozkłada się do pozycji transportowej, rozstawia nad uszkodzonym pojazdem i poduszkami magnetycznymi przyciąga go i unieruchamia do transportu. Tyle opisu, a teraz popatrzmy…



Kabina jest utrzymana w stylu retro, ale poza tym estetyka, aerodynamika i inne takie parametry nie były najistotniejszym parametrem. Jest to w zamierzeniu pojazd użytkowy, a wszystkie detale mają spełniać jakąś funkcję. Powyżej holownik w wersji złożonej – łatwiej się nim wtedy manewruje i zajmuje mniej miejsca po wylądowaniu.


Tak natomiast wygląda rozłożony. “Kręgosłup” się prostuje, nogi rozwijają na boki, a wysięgniki z poduszkami magnetycznymi opuszczają do pozycji roboczej. Uszkodzony pojazd wystarczy przyciągnąć i można lecieć.
I mieć nadzieję że w przyszłości awarie zasilania nie zdarzają się zbyt często :D

W ogóle chciałem zbudować ich kilka, każdy z taką samą kabiną ale innymi zabudowami, ale bardzo szybko okazało się że ta kluczowa nieprzezroczysta okrągła “szybka” z przodu występuje tylko w kilku kolorach które – niestety – zajęte są przez inne pojazdy. Chociaż jeszcze takiego klasycznego białego, brudnego dostawczaka chyba zmontuję.

Epsilon Dynamics AERIS

Epsilon Dynamics AERIS

No dobra, żółty ‘nie chwycił’.

A ten?

Jest chyba nieco mniej nudny, bo jak często widuje się czteroosobowe rodzinne samochody na forum? Nawet kosmiczne? :D




W odróżnieniu od poprzedniego tutaj żadnej długiej, ckliwej itp historii powstawania nie ma. De facto pomysł co zrobić z szybką plus jeden wieczorek i gotowe.

Athame, czyli jak budować w tempie jednego klocka na dzień

Athame, czyli jak budować w tempie jednego klocka na dzień

W zeszłym roku zbudowałem star destroyera który kompletnie zniszczył moją chęć do budowania. Pewnie, efekt był monumentalny a sam model stał się nawet znany w świecie i zapoczątkował trend budowy SHIPów w sposób właściwy, czyli studami w stronę dowolną inną niż w stronę widza. Mimo to, klocków nie chciałem dotykać i efekt jest taki że nawet dzisiaj mam jeszcze karton nie posortowanych klocków z zeszłego roku.

Powiedziałem sobie więc że w tym roku będę budował tylko drobiazgi, i nic co wymaga zakupów żeby chociaż zacząć. Dokupienie paru klocków albo “odświeżenie magazynu” jest ok, ale poleganie w 100% na bricklinku – nie.

Powstało sobie kilka fajnych rzeczy: cacodemon, żółty samochodzik auriga, bardzo płaski myśliwiec i zaczątek malucha. A potem mnie naszło na to że skoro już mam tych samochodów z logiem Epsilon Dynamics kilka, to mogę zrobić jeszcze jeden o stworzyć swego rodzaju miniserię. Poza tym to fajny przerwynik bo takie autka powstają parę wieczorów i przechodzi się do następnego.

Z tym jednak było… inaczej.
Zapraszam do przeczytania historyjki, jak to jeden mały modelik narobił mi tyle kłopotów że zajął kilka miesięcy.

Czy było warto?
Nie. Z reguły takie projekty porzucam. Przy tym jednak, ze względu na to że traktowałem to w stu procentach jako odstresowywacza i nie było żadnej presji że zaraz wystawa czy coś jak to, dłubałem sobie co wieczór dokumentując od czasu do czasu postępy. Poza tym zdjęcia pozwalają spojrzeć na model w inny sposób niż normalnie, co też sporo pomaga.



A czy Wy macie takie niepozorne drobiazgi nad którymi dłubiecie całymi miesiącami?

Wh40k Dreadnought

Wh40k Dreadnought

Edycja czwarta!

Tak jak mechy ogólnie niespecjalnie mnie “kręcą” tak jest jeden którego wygląd bardzo mi się podoba: klasyczny “drednot” ze świata Warhammera 40000. Wielki, ciężki, masywny, zwrotny jak hipopotam, o estetyce pudła na dwóch nogach. Ociekająca mocą machina wojenna, prowadzona przez żołnierza utrzymywanego sztucznie przy życiu przez specjalnie skonstruowany sarkofag. Drednoty pozwalają więc na wykorzystanie doświadczenia i umiejętności poległego wojownika, udostępniając cały wachlarz nowych możliwości.

W teorii, bo w praktyce, w grze z której pochodzą drednoty są delikatne, powolne, drogie i akurat wystarczająco drażniące dla przeciwnika aby chciał się ich pozbyć już w pierwszej turze.

Mimo to, uwielbiam je. Tak bardzo, że choć mam już drednota który mi się podoba na tyle że nie planowałem poprawek, jako że ciągle jeździ na wystawach i nie mam go w domu, zbudowałem następnego. To co pierwotnie miało być tylko kopią 1:1 okazało się zbudowaniem modelu kompletnie od zera, z wykorzystaniem nowych klocków, nowych technik, oraz przy zachowaniu możliwie solidnej i prostej w budowie konstrukcji. Dodatkowo, do drednota powstał cały pakiet zamiennych modułów uzbrojenia które przełącza się bardzo łatwo, a także podstawka na której się ładnie prezentuje.

 

Najbardziej klasyczna odmiana jaka występuje, z “minigunem” i tzw. Power Fistem. Łapa poza tym że po prostu nadaje się do tłuczenia i łapania, działa podobnie jak młoty pneumatyczne – w momencie uderzenia miniaturowa eksplozja wewnątrz powoduje przekazanie dużo większej siły niż to by wynikało z samej masy i prędkości “pięści”.

 

Wersja zbliżona do poprzedniej, z tą różnicą że zamiast miniguna ma działo plazmowe. W świecie 40k to  urządzenie strzela kulą plazmy rozgrzanej do temperatury setek tysięcy stopni, która po trafieniu w cokolwiek wybucha ze znaczną siłą. W grze trzeba za to położyć na “planszy” przezroczysty znacznik eksplozji, rzucić kością, zakląć szpetnie i zapytać się dlaczego broń znowu się przegrzała i wybuchła drednotowi w twarz.

 

Na wypadek gdyby Korpus Artylerii zastrajkował.

 

Podwójny laser (wszystko w wh40k jest podwójne) i wyrzutnia rakiet. Dziwny to świat w którym przerośnięte latarki przebijają się przez najtwardsze pancerze i mają zasięg taki, że aż miarki brakuje, ale tak po prostu jest i tyle. Jeśli jest gdzieś czołg który wciąż jeździ mimo oberwania wszystkim czym w tej walce dało się oberwać, drednot typu “Hellfire” sobie z tym poradzi. Oczywiście to również znaczy że taki drednot jest pierwszym celem dla tego czołgu (i wszystkiego innego), a sam z siebie jest kruchy jak krakersik.

 

Strzrelanie jest przereklamowane. W MORDĘ MU! Do kompletu dołączone dwa miotacze ognia, gdyby ork czy inny kultysta się za bardzo miotał i wymagał wstępnej pacyfikacji.

 

Wszystkie moduły uzbrojenia i moduły dodatkowe które można zamontować na drednocie – a przynajmniej wszystkie które zbudowałem bo w grze jest ich jezscze więcej. Co ciekawe granaty dymne są za dopłatą, podobnie jak szperacz. Nie ma nic darmo. Swoją drogą ciekawe czy dowódcy Marines ze świata wh40k muszą tłumaczyć czasem szeregowym że niestety nie mogą wziąć ich na akcję bo jest ciemno i trzeba drednotowi zamontować lampę, przez co przekraczają budżet…

 

Cała historia Jeracowych drednotów. Sądząc po tym że przyrost jest najwyraźniej potęgowy, to następna odmiana powstanie gdzieś koło 2040 roku albo coś koło tego. I będzie się różniła od poprzedniej o jeszcze mniej niż do tej pory.

 

 

LL-111 “Nóż”

LL-111 “Nóż”

Dawno nie budowałem klasycznych myśliwców kosmicznych. Najprostsze co może być. Jako że ostatnimi czasy pracuję w dzień na etacie i wieczorem przy pracy dodatkowej, czasu na budowanie nie ma (tym bardziej że obsługa Stowarzyszenia też potrafi dokopać po czasie). Ostatnio napotkałem jednak na tzw. “technikę Pomodoro”, czyli sposób organizacji pracy o który można sobie poczytać w wielu miejscach w internecie, a który ma ciekawą właściwość: wymaga regularnych przerw, i to takich, że TRZEBA odejść od tego co się robi. A co mam najbliżej komputera, ale nie komputer? Klocki…

I tak, przez wiele dni, w 5-minutowych sesjach powstawał Nóż. Chętkę na niego miałem od momentu ostatniego wysypu prac w temacie “Classic-Space”. Na początku projekt był ambitniejszy – za kokpitem miał być “bagażnik” z autkiem a sam statek był bardziej w stylu classic-space, z wystającymi silnikami, kabelkami itp itp. Nie chciało to jednak zagrać, wróciłem do smukłego skrzydła… i w zasadzie po dograniu paru szczegółów, tak zostawiłem.

Statek jest, jak widać, nieco płaski. Właściwie, płaski to mało powiedziane. Jest praktycznie dwuwymiarowy, ale nie przeszkodziło mi to w dodaniu lekkiego zagięcia, które co prawda pokopało do reszty wygląd od spodu, ale za to od góry jest całkiem fajnie. I płasko. Co ciekawe, pilot-minifig siedzi wyprostowany i nawet coś widzi. Do góry, bo do przodu to nie bardzo.

Nie jest to najciekawsza rzecz jaką zbudowałem, ale myślę że daje radę i przynajmniej wśród innych latadełek “nożyk” nie będzie straszył brzydotą ;)

Doom

Doom

Pamiętacie?

Gra która szokowała świat brudnym, brutalnym, miejscami zaskakująco obrzydliwym światem. Gra w której po raz pierwszy ktoś wpadł na pomysł że odtrutką na problemy z demonami jest nie woda święcona czy krzyżyk ale solidna dwururka (choć dwururka pojawiła się dopiero w drugiej edycji Dooma).

Winietka powstała jako dodatek do bohatera głównego – Cacodemona. Prawdopodobnie najciekawszym aspektem tej całej pracy jest to że powstawała tyle samo co… Chimera. Kulisty potworek zaczął powstawać wiosną zeszłego roku i był niezliczoną ilość razy przebudowywany, rozbierany, zrzucany na podłogę (celowo lub nie), i za każdym razem coś mi nie pasowało. Nie żebym teraz był z niego do końca zadowolony, ale jest zgrubsza kulisty, mięsisty i jak się zmruży oczy to widać o co chodzi. Tylko ta gęba powinna być różowa a nie beżowa, ale to jedyne rozsądne przybliżenie jakie mogłem zrobić ze względu na te klocki z zębami.

Zapewne pojawi się pytanie dlaczego klocki są brudne. Bo tak miało być. Są wręcz utytłane celowo i mam wielką nadzieję że sztuczne tytłanie zejdzie (bo to tania akwarelka). Proszę nie marudzić że herezja, bo wiem, że herezja :)

 

 

Auriga 3

Auriga 3

Powodem powstania tego drobiazgu jest Nexusowy konkurs “zbudujcie-to-w-jeden-wieczór”. Wziąłem udział celem sprawdzenia czy moje umiejętności szybkiego budowania zardzewiały do reszty, czy tylko trochę. Tematyka – najprostsza możliwa, coby nie tracić czasu na głębokie przemyślenia. Latające autko jak latające autko, jedno z wielu – z nieco bardziej sportowym zacięciem co w świecie klockowych śmigaczy jest zupełnym standardem.

Poza samym faktem zbudowania go w jeden wieczór – zgodnie z przykazaniem – chciałem osiągnąć efekt “owinięcia wstęgą”, co mam nadzieję się udało (i się podoba ;)). Osoby z niechęcią do naklejek przepraszam, ale musiałem ratować sytuację brakujących zawiasów i miejsc gdzie było “za czarno” a nawet płytka 1×1 była za duża. W każdym razie – do rzeczy:

Pewną ciekawostką może być porównanie do poprzednich wersji tego samego “pojazdu”:

I pomyśleć że te stare mi się bardzo kiedyś podobały, a teraz nawet w porównaniu do tego nowego który… idealny nie jest… widać że nie zestarzały się ładnie. Mimo to starałem się zachować cechy charakterystyczne – podzielony wzdłużnie kokpit z tych samych szybek, czerwone wnętrze i rozszerzony tył z parą silników. Widać również postępujący zanik skrzydełek i równie postępujące “rośnięcie” śmigacza. Zupełnie jak z kolejnymi wersjami samochodów: one też są zawsze coraz większe i coraz mniej na nich “dodatków”.

W sumie tylko z jednego pomysłu jestem w miarę zadowolony – pociągnięcia szyby do samego końca, i umieszczenie widocznych pod nią “bebechów”: