Jerac

Olivia

Olivia

Czy Wy też tak macie czasami, że widzicie jakiś klocek i natychmiast wiecie do czego może zostać użyty? Albo wręcz, że to jest klocek który stworzy jakaś pracę od początku do końca, a wszystkie pozostałe posłużą tylko do doszlifowania oryginalnej idei?

Miałem tak z elementami balonu z serii Friends. Zobaczyłem je i było wiadomo co z nich zbuduję. Żeby było śmieszniej, to jest jedna z dwóch takich super-oczywistych rzeczy, druga sobie powoli powstaje i znając mnie będzie gotowa w styczniu… 2017 roku.

Jako że ta praca powstała “sama z siebie” nie mam do niej żadnego opisu. Poza może pewną ciekawostką – sprzeczaliśmy się z Longerem który wariant kolorystyczny jest lepszy i ostatecznie stanęło na tym że będą oba. Longer też stoi za nazwą (imieniem?) całości ;)



Tak więc taką zupełnie nieświąteczną pracą chciałbym powiedzieć… Wesołych Świąt i Do Klocków Marsz!

Holownik Clobbergoot

Holownik Clobbergoot

Ostatnie “autko” z serii, a przynajmniej ostatnie ukończone.

Tym razem jest to ciężarówka z osprzętem do holowania. Idea jest taka że holownik dolatuje do miejsca podjęcia zlecenia w formie złożonej, a następnie rozkłada się do pozycji transportowej, rozstawia nad uszkodzonym pojazdem i poduszkami magnetycznymi przyciąga go i unieruchamia do transportu. Tyle opisu, a teraz popatrzmy…



Kabina jest utrzymana w stylu retro, ale poza tym estetyka, aerodynamika i inne takie parametry nie były najistotniejszym parametrem. Jest to w zamierzeniu pojazd użytkowy, a wszystkie detale mają spełniać jakąś funkcję. Powyżej holownik w wersji złożonej – łatwiej się nim wtedy manewruje i zajmuje mniej miejsca po wylądowaniu.


Tak natomiast wygląda rozłożony. “Kręgosłup” się prostuje, nogi rozwijają na boki, a wysięgniki z poduszkami magnetycznymi opuszczają do pozycji roboczej. Uszkodzony pojazd wystarczy przyciągnąć i można lecieć.
I mieć nadzieję że w przyszłości awarie zasilania nie zdarzają się zbyt często :D

W ogóle chciałem zbudować ich kilka, każdy z taką samą kabiną ale innymi zabudowami, ale bardzo szybko okazało się że ta kluczowa nieprzezroczysta okrągła “szybka” z przodu występuje tylko w kilku kolorach które – niestety – zajęte są przez inne pojazdy. Chociaż jeszcze takiego klasycznego białego, brudnego dostawczaka chyba zmontuję.

Epsilon Dynamics AERIS

Epsilon Dynamics AERIS

No dobra, żółty ‘nie chwycił’.

A ten?

Jest chyba nieco mniej nudny, bo jak często widuje się czteroosobowe rodzinne samochody na forum? Nawet kosmiczne? :D




W odróżnieniu od poprzedniego tutaj żadnej długiej, ckliwej itp historii powstawania nie ma. De facto pomysł co zrobić z szybką plus jeden wieczorek i gotowe.

Athame, czyli jak budować w tempie jednego klocka na dzień

Athame, czyli jak budować w tempie jednego klocka na dzień

W zeszłym roku zbudowałem star destroyera który kompletnie zniszczył moją chęć do budowania. Pewnie, efekt był monumentalny a sam model stał się nawet znany w świecie i zapoczątkował trend budowy SHIPów w sposób właściwy, czyli studami w stronę dowolną inną niż w stronę widza. Mimo to, klocków nie chciałem dotykać i efekt jest taki że nawet dzisiaj mam jeszcze karton nie posortowanych klocków z zeszłego roku.

Powiedziałem sobie więc że w tym roku będę budował tylko drobiazgi, i nic co wymaga zakupów żeby chociaż zacząć. Dokupienie paru klocków albo “odświeżenie magazynu” jest ok, ale poleganie w 100% na bricklinku – nie.

Powstało sobie kilka fajnych rzeczy: cacodemon, żółty samochodzik auriga, bardzo płaski myśliwiec i zaczątek malucha. A potem mnie naszło na to że skoro już mam tych samochodów z logiem Epsilon Dynamics kilka, to mogę zrobić jeszcze jeden o stworzyć swego rodzaju miniserię. Poza tym to fajny przerwynik bo takie autka powstają parę wieczorów i przechodzi się do następnego.

Z tym jednak było… inaczej.
Zapraszam do przeczytania historyjki, jak to jeden mały modelik narobił mi tyle kłopotów że zajął kilka miesięcy.

Czy było warto?
Nie. Z reguły takie projekty porzucam. Przy tym jednak, ze względu na to że traktowałem to w stu procentach jako odstresowywacza i nie było żadnej presji że zaraz wystawa czy coś jak to, dłubałem sobie co wieczór dokumentując od czasu do czasu postępy. Poza tym zdjęcia pozwalają spojrzeć na model w inny sposób niż normalnie, co też sporo pomaga.



A czy Wy macie takie niepozorne drobiazgi nad którymi dłubiecie całymi miesiącami?

Wh40k Dreadnought

Wh40k Dreadnought

Edycja czwarta!

Tak jak mechy ogólnie niespecjalnie mnie “kręcą” tak jest jeden którego wygląd bardzo mi się podoba: klasyczny “drednot” ze świata Warhammera 40000. Wielki, ciężki, masywny, zwrotny jak hipopotam, o estetyce pudła na dwóch nogach. Ociekająca mocą machina wojenna, prowadzona przez żołnierza utrzymywanego sztucznie przy życiu przez specjalnie skonstruowany sarkofag. Drednoty pozwalają więc na wykorzystanie doświadczenia i umiejętności poległego wojownika, udostępniając cały wachlarz nowych możliwości.

W teorii, bo w praktyce, w grze z której pochodzą drednoty są delikatne, powolne, drogie i akurat wystarczająco drażniące dla przeciwnika aby chciał się ich pozbyć już w pierwszej turze.

Mimo to, uwielbiam je. Tak bardzo, że choć mam już drednota który mi się podoba na tyle że nie planowałem poprawek, jako że ciągle jeździ na wystawach i nie mam go w domu, zbudowałem następnego. To co pierwotnie miało być tylko kopią 1:1 okazało się zbudowaniem modelu kompletnie od zera, z wykorzystaniem nowych klocków, nowych technik, oraz przy zachowaniu możliwie solidnej i prostej w budowie konstrukcji. Dodatkowo, do drednota powstał cały pakiet zamiennych modułów uzbrojenia które przełącza się bardzo łatwo, a także podstawka na której się ładnie prezentuje.

 

Najbardziej klasyczna odmiana jaka występuje, z “minigunem” i tzw. Power Fistem. Łapa poza tym że po prostu nadaje się do tłuczenia i łapania, działa podobnie jak młoty pneumatyczne – w momencie uderzenia miniaturowa eksplozja wewnątrz powoduje przekazanie dużo większej siły niż to by wynikało z samej masy i prędkości “pięści”.

 

Wersja zbliżona do poprzedniej, z tą różnicą że zamiast miniguna ma działo plazmowe. W świecie 40k to  urządzenie strzela kulą plazmy rozgrzanej do temperatury setek tysięcy stopni, która po trafieniu w cokolwiek wybucha ze znaczną siłą. W grze trzeba za to położyć na “planszy” przezroczysty znacznik eksplozji, rzucić kością, zakląć szpetnie i zapytać się dlaczego broń znowu się przegrzała i wybuchła drednotowi w twarz.

 

Na wypadek gdyby Korpus Artylerii zastrajkował.

 

Podwójny laser (wszystko w wh40k jest podwójne) i wyrzutnia rakiet. Dziwny to świat w którym przerośnięte latarki przebijają się przez najtwardsze pancerze i mają zasięg taki, że aż miarki brakuje, ale tak po prostu jest i tyle. Jeśli jest gdzieś czołg który wciąż jeździ mimo oberwania wszystkim czym w tej walce dało się oberwać, drednot typu “Hellfire” sobie z tym poradzi. Oczywiście to również znaczy że taki drednot jest pierwszym celem dla tego czołgu (i wszystkiego innego), a sam z siebie jest kruchy jak krakersik.

 

Strzrelanie jest przereklamowane. W MORDĘ MU! Do kompletu dołączone dwa miotacze ognia, gdyby ork czy inny kultysta się za bardzo miotał i wymagał wstępnej pacyfikacji.

 

Wszystkie moduły uzbrojenia i moduły dodatkowe które można zamontować na drednocie – a przynajmniej wszystkie które zbudowałem bo w grze jest ich jezscze więcej. Co ciekawe granaty dymne są za dopłatą, podobnie jak szperacz. Nie ma nic darmo. Swoją drogą ciekawe czy dowódcy Marines ze świata wh40k muszą tłumaczyć czasem szeregowym że niestety nie mogą wziąć ich na akcję bo jest ciemno i trzeba drednotowi zamontować lampę, przez co przekraczają budżet…

 

Cała historia Jeracowych drednotów. Sądząc po tym że przyrost jest najwyraźniej potęgowy, to następna odmiana powstanie gdzieś koło 2040 roku albo coś koło tego. I będzie się różniła od poprzedniej o jeszcze mniej niż do tej pory.

 

 

LL-111 “Nóż”

LL-111 “Nóż”

Dawno nie budowałem klasycznych myśliwców kosmicznych. Najprostsze co może być. Jako że ostatnimi czasy pracuję w dzień na etacie i wieczorem przy pracy dodatkowej, czasu na budowanie nie ma (tym bardziej że obsługa Stowarzyszenia też potrafi dokopać po czasie). Ostatnio napotkałem jednak na tzw. “technikę Pomodoro”, czyli sposób organizacji pracy o który można sobie poczytać w wielu miejscach w internecie, a który ma ciekawą właściwość: wymaga regularnych przerw, i to takich, że TRZEBA odejść od tego co się robi. A co mam najbliżej komputera, ale nie komputer? Klocki…

I tak, przez wiele dni, w 5-minutowych sesjach powstawał Nóż. Chętkę na niego miałem od momentu ostatniego wysypu prac w temacie “Classic-Space”. Na początku projekt był ambitniejszy – za kokpitem miał być “bagażnik” z autkiem a sam statek był bardziej w stylu classic-space, z wystającymi silnikami, kabelkami itp itp. Nie chciało to jednak zagrać, wróciłem do smukłego skrzydła… i w zasadzie po dograniu paru szczegółów, tak zostawiłem.

Statek jest, jak widać, nieco płaski. Właściwie, płaski to mało powiedziane. Jest praktycznie dwuwymiarowy, ale nie przeszkodziło mi to w dodaniu lekkiego zagięcia, które co prawda pokopało do reszty wygląd od spodu, ale za to od góry jest całkiem fajnie. I płasko. Co ciekawe, pilot-minifig siedzi wyprostowany i nawet coś widzi. Do góry, bo do przodu to nie bardzo.

Nie jest to najciekawsza rzecz jaką zbudowałem, ale myślę że daje radę i przynajmniej wśród innych latadełek “nożyk” nie będzie straszył brzydotą ;)

Doom

Doom

Pamiętacie?

Gra która szokowała świat brudnym, brutalnym, miejscami zaskakująco obrzydliwym światem. Gra w której po raz pierwszy ktoś wpadł na pomysł że odtrutką na problemy z demonami jest nie woda święcona czy krzyżyk ale solidna dwururka (choć dwururka pojawiła się dopiero w drugiej edycji Dooma).

Winietka powstała jako dodatek do bohatera głównego – Cacodemona. Prawdopodobnie najciekawszym aspektem tej całej pracy jest to że powstawała tyle samo co… Chimera. Kulisty potworek zaczął powstawać wiosną zeszłego roku i był niezliczoną ilość razy przebudowywany, rozbierany, zrzucany na podłogę (celowo lub nie), i za każdym razem coś mi nie pasowało. Nie żebym teraz był z niego do końca zadowolony, ale jest zgrubsza kulisty, mięsisty i jak się zmruży oczy to widać o co chodzi. Tylko ta gęba powinna być różowa a nie beżowa, ale to jedyne rozsądne przybliżenie jakie mogłem zrobić ze względu na te klocki z zębami.

Zapewne pojawi się pytanie dlaczego klocki są brudne. Bo tak miało być. Są wręcz utytłane celowo i mam wielką nadzieję że sztuczne tytłanie zejdzie (bo to tania akwarelka). Proszę nie marudzić że herezja, bo wiem, że herezja :)

 

 

Auriga 3

Auriga 3

Powodem powstania tego drobiazgu jest Nexusowy konkurs “zbudujcie-to-w-jeden-wieczór”. Wziąłem udział celem sprawdzenia czy moje umiejętności szybkiego budowania zardzewiały do reszty, czy tylko trochę. Tematyka – najprostsza możliwa, coby nie tracić czasu na głębokie przemyślenia. Latające autko jak latające autko, jedno z wielu – z nieco bardziej sportowym zacięciem co w świecie klockowych śmigaczy jest zupełnym standardem.

Poza samym faktem zbudowania go w jeden wieczór – zgodnie z przykazaniem – chciałem osiągnąć efekt “owinięcia wstęgą”, co mam nadzieję się udało (i się podoba ;)). Osoby z niechęcią do naklejek przepraszam, ale musiałem ratować sytuację brakujących zawiasów i miejsc gdzie było “za czarno” a nawet płytka 1×1 była za duża. W każdym razie – do rzeczy:

Pewną ciekawostką może być porównanie do poprzednich wersji tego samego “pojazdu”:

I pomyśleć że te stare mi się bardzo kiedyś podobały, a teraz nawet w porównaniu do tego nowego który… idealny nie jest… widać że nie zestarzały się ładnie. Mimo to starałem się zachować cechy charakterystyczne – podzielony wzdłużnie kokpit z tych samych szybek, czerwone wnętrze i rozszerzony tył z parą silników. Widać również postępujący zanik skrzydełek i równie postępujące “rośnięcie” śmigacza. Zupełnie jak z kolejnymi wersjami samochodów: one też są zawsze coraz większe i coraz mniej na nich “dodatków”.

W sumie tylko z jednego pomysłu jestem w miarę zadowolony – pociągnięcia szyby do samego końca, i umieszczenie widocznych pod nią “bebechów”:

 

 

 

Gwiezdny niszczyciel “Chimera”

Gwiezdny niszczyciel “Chimera”

To jest wpis z bloga. Aby przeczytać oryginalny wpis kliknij tutaj »


Gwiezdny niszczyciel. Prosty, znany każdemu kształt: trójkąt z pudłem na wierzchu, z charakterystycznym, arogancko wystawionym na ostrzał mostkiem. Dla mnie ten statek kosmiczny jest najcudowniejszym fikcyjnym okrętem jaki kiedykolwiek powstał w dowolnym uniwersum. Surowy, elegancki, niezbyt wyrafinowany. Coś jednak w jego proporcjach urzeka i sprawia że mógłbym gapić się na niego godzinami.

Zbudowanie własnego było moim marzeniem z dzieciństwa, ale takim marzeniem jak zostanie astronautą, posiadaniem ferrari – wiecie, takie kompletnie niemożliwe rzeczy. Taki stan rzeczy trwał, i trwał, i trwał… aż znalazłem taki cytat prosto z uniwersum SW:

I maintain that the effectiveness of the Star Destroyer stems from not only its massive firepower, but from its size. When citizens look at a Star Destroyer and then compare it to the craft which might be mustered to attack it, they have a tendency to dismiss such a notion as suicidal rather than approach the problem tactically. – Grand Moff Wilhuff Tarkin

Co można mniej więcej przetłumaczyć jako
“Uważam że efektywność Gwiezdnego Niszczyciela wynika nie tylko z jego ogromnej siły ognia, ale też z jego ogromu. Gdy mieszkańcy [atakowanego świata] patrzą na niszczyciela i porównują go z okrętami które miały by go zaatakować, odrzucają takie pomysły jako samobójcze, zamiast podejść do problemu od strony taktycznej”.

Właśnie.

Wielki, ogromny, niemożliwy. Samobójczy z pewnością, dla portfela.

…jak bardzo niemożliwy?

Zacząłem się zastanawiać nad tym w listopadzie. Zgromadziłem materiały, wyliczyłem proporcje (naturalnie, błędnie), zrobiłem “szkic” w LDD i opracowałem prototypy co bardziej istotnych detali. Co do budżetu – miałem trochę nadmiarowych funduszy z legowej pracy na zlecenie, wypożyczania modeli na wystawy komercyjne i kilku innych pomniejszych źródeł; wyznaczyłem sobie kwotę jaką gotowy jestem w przeciągu pół roku wydać i kompletnie nieświadomy co mnie czeka, zacząłem po prostu budować.

Szczegółowy proces powstawania zostanie opisany w osobnym wątku, muszę tą historyjkę poukładać – dzisiaj chciałbym skupić się na samym modelu.

Przede wszystkim, jest duży. Bardzo duży, a ja się uparłem że ma nie być osadzony na żadnej stalowej ramie czy innym nie-klockowym wzmocnieniu, ma być regularnym klockowym MOCem bez żadnych oszustw. Wielu z Was buduje makiety, ja zresztą też. To teraz wyobraźcie sobie, że chcecie makietę podnieść za jeden punkt na środku. I ona się składa tylko z klocków. I po podniesieniu, ma się nie wyginać i krawędzie dalej są proste, i nic nie odpada.

Nie żeby mi się udało, bo nie mam dość siły żeby go podnieść; może i mam macki, ale co z tego skoro tu jest potrzebny trzyręki Pudzian? Ostatecznie model podnosi się w dwie osoby – jedna staje z tyłu i podnosi go za spód, a druga wsadza rękę przez otwór serwisowy z przodu i trzyma bezpośrednio za ramę. Pewnym sukcesem jest to że faktycznie da się go tak przenosić i nic złego się nie dzieje, minusem natomiast – to, że nie wiem jak długo będzie stać prosto. Spodziewam się że za czas jakiś zacznie opadać nos, albo rogi, albo co…

Budżet, eh. Założyłem 5.000 zł. Astronomiczna kwota jak na zabawkę z klocków, nie? Ale przecież miałem trochę funduszy na start, kwota miała być rozłożona na 6 miesięcy, a potem zrobię sobie wolne od “dużego” budowania na pozostałe 6. A jak wyszło w praktyce? Budżet został przekroczony już w marcu, i choć jeszcze nie zrobiłem ostatecznego podliczenia, spodziewam się że przekroczenie jest o ponad 100%… teraz jak coś będę budował to chyba z kurzu który został w szufladkach, bo to jedyne co mi pozostało.

Nie tylko fundusze topniały w zastraszającym tempie, topniał też czas. Jakoś w styczniu rozważałem czy nie będę miał go gotowego już na Pyrkon (koniec marca), a tymczasem pod koniec marca miałem mniej więcej 1/2 długości całego okrętu, a więc jakieś 1/7 masy całego. Innymi słowy po połowie czasu przewidzianego na budowę – bo na 1 czerwca po prostu MUSIAŁ być gotowy – miałem gotowe zawrotne 15% całości. Zacząłem więc przyspieszać tempo. Coraz mniej wieczornych wyjść, coraz dłuższe nocki, coraz więcej bluzg na robotę w którą się wpakowałem, a której miejscami miałem już autentycznie dość. Mimo to parłem do przodu, a ostatecznym zwieńczeniem był ostatni tydzień przed wystawą kiedy to mój dzień składał się z pracy w firmie i pracy w domu, przetykany drzemkami tu i ówdzie. Prace nad modelem w wersji zaprezentowanej w Swarzewie zakończyły się o trzeciej w nocy… a o jedenastej uroczyste otwarcie.
To się nazywa, skończyć na styk!

Co prawda nie skończyłem oświetlenia i niektóre detale są bardzo, ale to bardzo prowizoryczne: “bańka” reaktora jest kilkoma klockami poskładanymi w pięć minut (te pięć minut przed trzecią w nocy :D), mostek jest za nisko a kulki sensorów na nim za małe. Za to ostatnie dziękuję pewnemu sklepowi na BL który mi anulował zamówienie z klockami do tego, gr.
Pozytywnie za to dziękuję wszystkim którzy mi pod koniec pomagali przy składaniu wieżyczek, wyszukiwaniu kafli z rozwalonej po całej podłodze sterty klocków i tym podobnym. Bez tego autentycznie bym nie zdążył!

Mimo tego i wszystkich innych drobnych przeciwności losu które mnie spotkały… oto jest.


Zdjęcia są jakie są, profesjonalnie będą zrobione dopiero jak niszczyciel wróci do Łodzi, teraz mam tylko takie stworzone w warunkach wystawowych. Tutaj też dziękuję wszystkim którzy użyczyli mi swoich zdjęć lub aparatu, na początek Maciejowi :)
Sukcesywnie będzie pojawiać się więcej zdjęć.

Wonszobot

Wonszobot

Znalazłem gdzieś w czeluściach dysku takiego potworka. Było ich kiedyś więcej, ale średnio się przyjęły toteż odpusciłem sobie publikowanie wszystkich. Ten jednak podoba mi się aż do dzisiaj, a to chyba jednak znaczy że aż taki zły wcale nie jest, nie?