10231 Shuttle Expedition

10231 Shuttle Expedition

Seria: Sculptures
Rok premiery: 2011
Liczba elementów: 1216
Figurki: 3: Astronauta, Astronautka, kamerzysta (?)
Cena: W tej chwili 200$ lub 600zł. Używki nieco mniej. Ja dałem równo 666 zł.
Lista części: Bricklink

Prom kosmiczny. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych maszyn na całym świecie. Szczytowe osiągnięcie kosmicznej technologii, przynajmniej jeszcze do niedawna. Zapierający dech w piersiach potwór o przepastnej ładowni i ogromnej mocy… i tak dalej, i tak dalej. Każdy wie co to jest prom kosmiczny i do czego się nadaje.

A do czego się nie nadaje?

Na przykład, do bycia wielorazowym. Główny zbiornik (ten brązowy termos na zewnątrz) się wyrzuca. Rakiety pomocnicze (przymocowane do termosu) niby się odzyskuje, ale doprowadzenie ich do użytku zajmuje masę czasu. To jednak nic w porównaniu z samym promem. Silniki się wyciąga, remontuje, i wkłada na nowo. Osłona termiczną orbitera? Składa się z masy maleńkich płytek, z których każdą trzeba wydłubać, obejrzeć i ewentualnie wymienić. Tak mniej więcej miało wyglądać serwisowanie promu kosmicznego po locie; tak wygląda to w praktyce.

Nie nadaje się również do bycia tanim. Pierwotnie zakładano że koszt wyniesienia na orbitę kilograma ładunku będzie wynosił 1400$ (z uwzględnieniem inflacji na rok 2011), podczas gdy faktycznie kosztowało to… 60000$. Rosyjskie Sojuzy robią to taniej nawet mimo iż trzeba je budować za każdym razem od nowa.

Nie był również bezpieczny, z pięciu latających w kosmos promów dwa zostały zniszczone zabierając ze sobą łącznie 14 astronautów. W obu przypadkach była to co prawda wina administracji NASA która wiedziała o problemach tylko liczyła na to że nic złego się nie stanie, ale sam prom był bardzo delikatny z natury. W tym Sojuz też był lepszy – co prawda również dwa loty skończyły się katastrofą, ale ostatnia katastrofa wydarzyła się w 1971 roku.

Te maszyny miały wyjątkowo długą listę wad i problemów a mimo to podbiły serca milionów ludzi na całym świecie. Nie dziwi mnie to, bo są po prostu piękne i zarazem mocarne. Śmiem twierdzić że orbiter promu kosmicznego to jedna z najbardziej proporcjonalnych i eleganckich maszyn latających stworzonych przez ludzkość.

W ramach bonusu, bardzo fajna infografika z ciekawostkami na temat promów kosmicznych. Przede wszystkim widać jakie te bydlaki są GIGANTYCZNE.

Co na to LEGO?

Nasza ulubiona firma ma długą historię wydawania zestawów z promami kosmicznymi, oficjalnie przy współpracy z NASA czy też mniej oficjalnie na potrzeby serii CITY (albo tego no…. technick?). Najpierw były, w latach 1990-1995, cztery zgrabne i bardzo podobne do siebie promy “na cztery”:

Rok później pojawił się technicowy prom robiący za model flagowy, nawiasem mówiąc o tym jak dobry jest to temat świadczy właśnie to że modelem flagowym nie była kolejna ciężarówka czy żuraw ale pojazd latający! Do dzisiaj jest uznawany za model kultowy.

Dalej wkraczamy w najgorszy okres LEGO, czyli rok 2000 i okolice. Pojawiło się wtedy coś co można by przy pewnej… małej… dozie krwi w alkoholu uznać za “prom kosmiczny”. Plus jest taki że jest modułowe więc szybciej się rozkłada do sortowania.

W 2003 roku pojawił się zestaw aspirujący już oczko wyżej – wierny model promu Discovery z teleskopem Hubble’a. To największy systemowy prom, chociaż w zestawie jest wyłącznie orbiter, nie ma rakiet na paliwo stałe ani zewnętrznego zbiornika paliwa. Był całkiem niezły, choć nie tak ładny jak mógłby być.

Od tego czasu LEGO nie wracało do tematu promów kosmicznych przez długie lata, aż w końcu w 2010 roku zostało zaprezentowane cudeńko poprawione dodatkowo w roku 2011: 10213 i 10231. Nowsza wersja jest nieco przerobiona względem starej, nie jest to taka stuprocentowa kalka. Projektanci poprawili nieco słabsze i bardziej podatne na uszkodzenia elementy modelu.

Ostatnim zestawem z promem kosmicznym jest ta paskuda. Przez tyle lat kokpit był zrobiony z masy skosików i dawał radę a teraz wepchnęli mu łeb od helikoptera i udają że to prom. Koszmar rodem z roku 2000, i jeszcze te czerwienie…

Do rzeczy!

Karton, folijki, klocki itp itp.
Karton… jest. Jak w każdym zestawie. Całkiem ładnie zaprojektowany (norma) i bardzo duży jak na zawartość (również norma). W środku instrukcje zapakowane w folijkę z kartonikiem, mały arkusik naklejek, płytka bazowa 16×32, dwie cięte na długość ośki oraz woreczki: cztery duże, cztery średnie i sześć z drobnicą. Jako ciekawostka – są nieponumerowane a ich zawartość kompletnie, totalnie przemieszana. Trzeba wysypać wszystkie naraz, choć dobrze radzę – lepiej żeby te z dużymi klockami wysypać na osobną kupkę. Instrukcje – dwie książeczki, przejrzyste, z listą elementów przy każdym kroku i co ważne – czarne klocki mają białą obwódkę więc się ich nie pomyli z szarymi. Akurat przy budowaniu tego modelu to nam nie grozi, ale i tak jest to plus.

Jeśli chodzi o części, dwie ciekawostki:
Po pierwsze, długie ośki są cięte na długość a potem polerowane, co – mam nadzieję – widać na zdjęciach, a po drugie, szare pełne łuki 1×3 występują w dwóch wariantach różniących się nachyleniem łuku:

Jako dawca części prom jest taki sobie, chyba że komuś uda się go dorwać w uczciwej cenie. Za te 666zł które ja wydałem można pewnie to samo uzbierać bez większych trudności na BrickLinku. Mimo to jest kilka rzeczy które są fajne, bo występują w bardzo dużych ilościach:
x 12,
x 50,
x 48
x 20

Z rzadszych, cały zbiornik w kolorze dark orange, dwie super-długie ośki 32… i chyba tyle. Kiedyś mając wybór między Sopwithem a tym promem wybrałem Sopwitha właśnie dlatego że miał ciekawsze elementy. Efekt jest taki że Sopwith do dzisiaj stoi w sporej części nieruszony a z promu mam ochotę ukraść rakiety bo mam zastosowanie dla takiej masy “beczułek”. W ogóle, jakby ktoś chciał budować rakiety kosmiczne, to w tym zestawie znajdzie wszystko co trzeba.

Budujemy!
Pierwsze co zrobiłem, to oczywiście podarłem instrukcję. Nie wiem jak dzieciaki potrafią przekładać te strony i ich nie rwać przy tym, najwyraźniej ta umiejętność mi wyparowała z wiekiem. Budowę zaczynamy od złożenia minifigów, technika-kamerzysty(?) i jakiegoś pojazdu o niezidentyfikowanym przeznaczeniu. Nie, wróć. Budowę zaczynamy od dokładnego rozgrzebania wielkiej sterty klocków w poszukiwaniu kawałków ludzików. Nie ma lekko, nie są w tym samym woreczku i przysiągłbym że nawet – przykładowo – nóżki są każde w innym opakowaniu. Jeśli wbrew ostrzeżeniu… znowu wróć! W tej instrukcji – uwaga – nie ma ostrzeżenia o krwiożerczym dywanie ani o tym żeby posortować klocki! Ta zniewaga krwi wymaga!

Figurki mają bardzo ładne nadruki, a para astronautów poza obowiązkowymi hełmami z pozłacanymi przysłonami dostała również peruki. Oboje mają takie same nadruki, ale to zrozumiałe – w końcu skafandry kosmiczne wyglądają podobnie… choć nie powiem, liczyłem na subtelny nadruk skafandrowych wypukłości u Pani Astronautki. Technik czy kto to tam jest, jest i tyle. Ma tyle sensu co ten dziwaczny pojazd który nie nadaje się ani do holowania promu, ani do wożenia astronautów ani do niczego. Nie tylko ja zresztą nabijam się z tego gościa i jego wozidełka.

Mając drobiazgi gotowe, zaczynamy budować prom (tak wiem, orbiter). Buduje się całkiem przyjemnie, tym bardziej że pojazd ma zupełnie płaski spód i może sobie spokojnie leżeć na stole. Naturalnie, takie budowanie byłoby nudne toteż przez cały czas trzymałem go w powietrzu w rękach. Pewnym problemem były skrzydła które dość długo odpadały bo nie były zamocowane z przodu, ale koło 25 kroku problem się rozwiązał. Co ciekawe, to był też pierwszy krok w którym prom wyszedł ponad cegiełkę (3 płytki) wysokości. Jedyne dwa wredne kawałki które się mniej przyjemnie składa to podwozie, tylne i przednie. Samo w sobie jest zmyślnym mechanizmem z amortyzatorem robiącym za blokadę, ale jak to technic kręci się toto i lata na wszystkie strony dopóki nie zostanie solidnie zamurowane w miejscu przeznaczenia. W środku zasadniczo nie ma kolorystycznego śmietnika znanego z innych zestawów, za wyjątkiem, oczywiście, technicowych wstawek.
Ogółem buduje się łatwo, instrukcja jest przejrzysta, kroki mają odpowiednią ilość klocków, a nie licząc początku nic nie jest zanadto kruche. Pod sam koniec budowy promu (wciąż wiem że orbitera) trafia się trudniejszy kawałek – budowa drzwi sekcji ładunkowej. Składają się z 18 łuczków umieszczonych jeden przy drugim, i za diabła, ani za boga ani w ogóle za nic nie chcą ładnie stać koło siebie i nie zostawiać szpar czy górek. Poza tym trzeba je pod właściwie prostym kątem ułożyć, bo inaczej całe drzwi nie będą się chciały zamykać. I tak nie będą się chciały zamykać bo na wierzchu zostawiona jest szpara o szerokości – uwaga – aż PÓŁ płytki!
Jakoś po 60 kroku dodajemy satelitę wraz z ramieniem do wyciągania go z ładowni. Z jakiegoś powodu te LEGOwe satelity zawsze wyglądały do bani. Czy to dlatego że z zasady są wewnątrz i ich nie widać – nie wiem, ten w każdym razie nie odstaje od normy. Tylko w tym starszym zestawie z 2003, gdzie jest teleskop Hubble’a, jest ładny model. Budowanie orbitera zajęło 71 kroków co nie jest jakąś szczególnie dużą liczbą, i ani trochę nie nudziło ani nie męczyło. Nie to co Unimog, eh.
Naklejki są, ale tylko kilka, małe i nie wystają poza jeden klocek. Dla odmiany przykleiłem od razu wszystkie za wyjątkiem tej na tym-tamtym toczydełku, i w sumie nie przeszkadzają ani nic nie dają. Tylko ta z przodu faktycznie ładnie wygląda bo reprezentuje bardzo charakterystyczny detal – trzy wyloty silniczków manewrowych na dziobie promu (orbitera).

Mając gotowy prom(orbiter…) zaczynamy zbiornik na paliwo stałe. Siłą rzeczy budowa jest dużo bardziej powtarzająca się niż wcześniejsza część. Łatwo się też naciąć i na przykład dodać o jedną warstwę okrągłych “ćwiartek” za dużo, albo przeoczyć zamianę jednej brązowej małej beczułki na żółtego pypcia, który jak się później okaże, jest potrzebny. Przy okazji, pamiętacie ostrzeżenie żeby duże klocki wysypać na osobną kupkę? Te wszystkie duże brązowawe kawałki zbiornika mają paskudną tendencję do leżenia wypukłą stroną do góry i chowania pod spodem mniejszych klocków. To samo zresztą tyczy się mniejszych białych. A już sytuacja kiedy pod brązową “ćwiartką” miałem białą “połówkę” pod którą z kolei był ten ostatni brakujący kafelek, ARGH.
Tak jak na pokładzie promu panował porządek, tak twórcy zbiornika popuścili wodze fantazji czego efektem jest efektowna choinka na szczycie zbiornika. Jest to w gruncie rzeczy całkiem zmyślna konstrukcja, ale dlaczego nie zbudowali całego zbiornika do góry nogami, dokładając do niego zwieńczenie na odpowiednich bracketach – nie wiem. Nie byłoby wtedy szpary naokoło skosów, ani cyrków z montowaniem szarego talerzyka “do góry nogami” na dole zbiornika.
Zbiornik powstaje w 37 krokach, chyba że na początku zapomnieliście o żółtym pypciu, to wtedy trzeba doliczyć kroki wstecz i z powrotem. Tak czy siak jest dużo szybciej – i niestety nudniej – niż z samym promem. Na koniec w ramach nagrody dostajemy przedmiot który przypomina termos czy jakąś butelkę, ale w skali 1:1.
Do zbiornika dobudowujemy następnie dwie identyczne rakiety, które w zasadzie są po prostu układaniem pozostałych klocków jeden na drugim. Na koniec przebijamy całość tymi długimi ośkami… które okazują się być zbyt krótkie, i to z obu stron. Ciekawe że skoro są cięte na długość, nie mogli od razu zrobić ośki 44 zamiast 32 + 6 + 6? Jako że rakiety są w podpunktach zbiornika, ten etap budowy kończymy na kroku 38.

I teraz – uwaga – BARDZO, ale to BARDZO ważna informacja. W instrukcji też jest to wyraźnie zaznaczone. Prom przymocowany jest do zbiornika dwoma pinami, i te piny to jest jedyne co chroni Wasze palce u stóp od bycia zbombardowanymi albo promem albo zbiornikiem z rakietami. Cały zestaw można podnieść jedną ręką jeśli się go nachyli trochę ku grzbietowi promu, ale autentycznie nie radzę. Tym bardziej że za pierwszym razem podniosłem go całkiem poziomo, i zadowolony z tego że się trzyma, przeniosłem go z biurka na podłogę. Prom jak to prom, w trakcie lotu odrzucił niepotrzebny zbiornik… Plus jest taki że się specjalnie nie rozpadł, choć może dlatego że miał farta spaść na miękkie.

Ostatnim etapem budowy jest namiastka platformy startowej, która mimo bycia namiastka pełni ważną rolę podstawki utrzymującej cały zestaw w pionie. Mamy dosłownie dwa “betonowe” bloki, dwa miejsca na rakiety, cztery lampy, troszkę kafli i to wszystko. Nic więcej tak naprawdę nie trzeba. Według instrukcji lampy powinny stać luzem, ale dla wygody warto je poprzyczepiać do rogów podstawki. Ten etap budowy kończymy po dosłownie kilku krokach.
Klocków po budowie pozostaje typowa garsteczka, dźwigienka, serki, kafelek, “światełka”. Te dwa okrągłe talerzyki które są na zdjęciu nie są zapasowe – powinny być na satelicie ale udało im się umknąć. Prawdopodobnie zaszyły się pod kawałkami zbiornika.

Liftoff!
Kupiłem zestaw warty, sądząc po klockach, jakieś 300 złotych – za 666 zł. Sześćset sześćdziesiąt sześć złotych. Napisałem do niego recenzję. Zachowałem pudełko. Zostawiłem go w całości na biurku. Czy coś jeszcze muszę dodać?

Jest dobry. Bardzo dobry. Wygląda, moim zdaniem, obłędnie. Jest fantastycznie proporcjonalny, nawet jeśli w rzeczywistości wcale tak nie jest – rakiety i zbiornik są za małe względem orbitera. Na dodatek, choć to spory i ciężkawy zestaw, dzięki pionowemu umieszczeniu na podstawce zajmuje bardzo mało miejsca i prawdopodobnie nie będzie się specjalnie kurzyć. Dla porównania, również ładny Sopwith Camel jest niestety ogromny i zajmuje praktycznie pół stołu. Model jest w 100% rozpoznawalny i robi wrażenie nawet na osobach które nie są fanami LEGO. Nie licząc skrzydeł wszystko jest “wykaflowane” choć to nie do końca właściwe słowo bo kafle są akurat praktycznie tylko na skrzydłach i na łączeniach między zbiornikiem a rakietami. Spotkałem się z masą opinii według których otwory w skrzydłach w których chowa się podwozie śą brzydkie, ale z jakiegoś powodu mi nie przeszkadzają. Pewnie, lepiej by było bez nich ale nie ma takiego dramatu jak w innych zestawach. Widzieliście na przykład tego nieszczęsnego Sopwitha od spodu? Gumki, beżowe skrzydła, czarne śmiecie pod skrzydłami, dziury w kadłubie… przy tym dwie nieduże dziury w skrzydłach orbitera to drobiazg.

Model jest w nietypowej skali. Z zewnątrz dobrze pasowały by do niego te mikrofigurki z planszówek LEGO, ale wewnątrz siedzą dwa normalne minifigi. W kokpicie zresztą jest dość ciasno, choć najwyraźniej dla mojej załogi przyzwyczajonej do niewygód przestrzeni kosmicznej nie stanowi to problemu. Znowu spotkałem się z zarzutami że te ludziki tam kompletnie nie pasują, ale jak komuś nie pasują to niech nie zdejmuje “dachu” kabiny – z zewnątrz w ogóle nie widać że w środku coś jest. Wyposażenie kokpitu… jest, i tyle można o nim powiedzieć.

Bawialność? No, niby jest. Jak już odpadnie nam zbiornik z rakietami, mamy orbiter w którym możemy wysunąć podwozie, otworzyć ładownię, wyciągnąć satelitę na obracanym ramieniu i rozłożyć mu panele słoneczne i antenkę. Podwozie z tyłu trzeba wysunąć naciskając na nie z dowolnej ze stron, a z przodu jest do tego mały czarny liftarmik. Nawiasem mówiąc, na niego zagraniczne marudy również marudziły, a tymczasem on bardzo ładnie komponuje się z resztą czarnego spodu dziobu i też nie przeszkadza. Wysunięte podwozie wygląda niestety dość nienaturalnie bo jest mocno przesunięte do przodu, a i same kółka są dodatkowo podwinięte do przodu. Orbiter dużo lepiej wygląda zaczepiony do zbiornika niż stojąc na wysuniętym podwoziu, tym bardziej że wtedy dziury w skrzydłach nagle stają się być drażniące – szczególnie dla serwisujących go mechaników.

A, jeszcze się klapy na skrzydłach ruszają, choć tylko w dół. Całość jest solidna i nie bardzo jest jak go popsuć, chyba że w trakcie startu złapaliśmy za zbiornik. Satelita na wysięgniku się dobrze trzyma i sam z siebie też jest solidny, chociaż przy stosik zwykłych cegiełek i okrągłych klocków raczej nie ma jak się popsuć. Ogółem nie mówiłbym o bawialności tylko o pozowalności. Możemy mieć prom w na platformie startowej, prom na ziemi, albo w kosmosie z otwartą ładownią i wyciągniętym satelitą. W każdym z wariantów wygląda nieźle, choć do mnie najbardziej przemawia pierwszy i ostatni:

Podsumowując

Kawał dobrej klockowej roboty. Świetnie wyglądający, natychmiastowo rozpoznawalny niemalże dla każdego model. Warty swojej ceny, a nawet nieco ponad to. A jako że NASA do tematu promów już nie wróci, ostatni w swoim rodzaju. Tylko pamiętajcie żeby go trzymać oburącz za zbiornik z rakietami i orbiter bo jak nie, to.